Strona domowa użytkownika

Zawiera informacje, galerię zdjęć, blog oraz wejście do zbiorów.
[awatar]
Erna
Najnowsze recenzje
1 2 3 4 5
...
37
  • [awatar]
    Erna
    Książki Nory Roberts wielu mogą wydać się banalne. Są skonstruowane w prosty sposób, często domyślamy się rozwoju wydarzeń, ale równocześnie lektura naprawdę nie nudzi. Jak to możliwe? Prędko wyjaśniam — mamy do czynienia z powieściami lekkimi, jednak uroczymi. Wspominałam o tym przy okazji recenzji poprzednich tomów, aczkolwiek chętnie powtórzę, że prawie wszyscy miewają chwile, gdy potrzebuje odpoczynku od pozycji ciężkich, wymagających dużej dawki skupienia. A seria opowiadająca o losach sióstr Calhoun poprawia mi humor. Owszem, od premiery każdej z części minęło już ładnych parę lat, więc niektóre motywy bywają przestarzałe, chociaż ja podchodzę do tego sentymentalnie. Czego absolutnie się nie wstydzę! Dzisiaj zwróćmy uwagę na tomy czwarty i piąty. Oceniam je wspólnie, ponieważ, moim zdaniem, są na równie dobrym poziomie, chyba najlepszym z dotychczasowych. I tym samym, niestety, kończymy przygodę z rodziną Calhoun… • Suzanna nie miała łatwego życia. Przeszła przez wyniszczające małżeństwo, straszny rozwód i koniecznie chce wrócić do względnej normalności. To fantastyczna kobieta, zasługująca na wszystko, co najlepsze. Bardzo polubiłam tę postać, licząc, że odnajdzie prawdziwą miłość. Jej relacja z Holtem wydała mi się słodka — znajomi sprzed wielu lat, poznający się na nowo, jako dorośli ludzie. Nie zapominajmy o mojej ukochanej historii Bianki i Christiana, będącej osią całej serii! Holt jest wnukiem Christiana, więc opowieść zatacza koło… Szorstki eks-policjant z troskliwą matką dwójki dzieci? Cóż, duet klasyczny, lecz idealny! Szybko zaczęłam kibicować ich romansowi, rozwijającemu się w środku szalonych zdarzeń. • Natomiast główna postać kobieca „Pomyślnych wiatrów” wprowadza nas w pewien rodzaj epilogu. Megan to siostra Sloana, czyli męża Amandy Calhoun. A na dodatek, nasza bohaterka oraz Savannah Calhoun mają dzieci z tym samym mężczyzną. Uff! Nadążacie? Takim sposobem Meg wchodzi do rodziny, a my możemy obserwować jej rosnące zainteresowanie przyjacielem i biznesowym partnerem Holta, Nathanielem. Oczywiście, następuje gra pozorów, aż do radosnego finału, który z łatwością da się przewidzieć. To relacja jest raczej mało skomplikowana, acz zdecydowanie ciekawa w odbiorze. • Moje serce zostało absolutnie podbite przez uchylenie rąbka dalszych losów bohaterów poprzednich części. Miło było znowu ich odwiedzić, sprawdzić, jak układają się ich związki, jak wielką rodzinę razem stworzyli. Tak to już jest, że przyzwyczajamy się do lubianych przez siebie postaci, niczym do starych przyjaciół. Ostatecznie wygrywa lojalność wobec bliskich, może też trochę patetyczne stwierdzenie, iż „zgoda buduje, niezgoda rujnuje”. Ten ostatni tom serii był bardziej romansem niż tajemnicą, znamy sekret Bianki, historia Meg to przede wszystkim klamra spinająca każdą z opowieści. Teraz mogę odłożyć książkę w spokoju, moja ciekawość została w pełni zaspokojona! • Słówkiem podsumowania, z familią Calhoun spędziłam sporo radosnych chwil. To lektury nieco ckliwe, ale zwyczajnie fajne, wciągające, nawet trudno mi znaleźć jakieś konkretne wady. Powieści Nory Roberts są literaturą, na której ewentualne minusy troszkę przymyka się oko, ponieważ bohaterowie skutecznie wzbudzają w odbiorcy sympatię. Polecam wszystkim osobom szukających książek niezbyt rozbudowanych, a sprawiających, że czas szybko nam leci. A Roberts to autorka z niesamowitą ilością weny — w końcu stworzyła ponad dwieście fabuł! Więc zapewne jeszcze się spotkamy…
  • [awatar]
    Erna
    Książki Nory Roberts wielu mogą wydać się banalne. Są skonstruowane w prosty sposób, często domyślamy się rozwoju wydarzeń, ale równocześnie lektura naprawdę nie nudzi. Jak to możliwe? Prędko wyjaśniam — mamy do czynienia z powieściami lekkimi, jednak uroczymi. Wspominałam o tym przy okazji recenzji poprzednich tomów, aczkolwiek chętnie powtórzę, że prawie wszyscy miewają chwile, gdy potrzebuje odpoczynku od pozycji ciężkich, wymagających dużej dawki skupienia. A seria opowiadająca o losach sióstr Calhoun poprawia mi humor. Owszem, od premiery każdej z części minęło już ładnych parę lat, więc niektóre motywy bywają przestarzałe, chociaż ja podchodzę do tego sentymentalnie. Czego absolutnie się nie wstydzę! Dzisiaj zwróćmy uwagę na tomy czwarty i piąty. Oceniam je wspólnie, ponieważ, moim zdaniem, są na równie dobrym poziomie, chyba najlepszym z dotychczasowych. I tym samym, niestety, kończymy przygodę z rodziną Calhoun… • Suzanna nie miała łatwego życia. Przeszła przez wyniszczające małżeństwo, straszny rozwód i koniecznie chce wrócić do względnej normalności. To fantastyczna kobieta, zasługująca na wszystko, co najlepsze. Bardzo polubiłam tę postać, licząc, że odnajdzie prawdziwą miłość. Jej relacja z Holtem wydała mi się słodka — znajomi sprzed wielu lat, poznający się na nowo, jako dorośli ludzie. Nie zapominajmy o mojej ukochanej historii Bianki i Christiana, będącej osią całej serii! Holt jest wnukiem Christiana, więc opowieść zatacza koło… Szorstki eks-policjant z troskliwą matką dwójki dzieci? Cóż, duet klasyczny, lecz idealny! Szybko zaczęłam kibicować ich romansowi, rozwijającemu się w środku szalonych zdarzeń. • Natomiast główna postać kobieca „Pomyślnych wiatrów” wprowadza nas w pewien rodzaj epilogu. Megan to siostra Sloana, czyli męża Amandy Calhoun. A na dodatek, nasza bohaterka oraz Savannah Calhoun mają dzieci z tym samym mężczyzną. Uff! Nadążacie? Takim sposobem Meg wchodzi do rodziny, a my możemy obserwować jej rosnące zainteresowanie przyjacielem i biznesowym partnerem Holta, Nathanielem. Oczywiście, następuje gra pozorów, aż do radosnego finału, który z łatwością da się przewidzieć. To relacja jest raczej mało skomplikowana, acz zdecydowanie ciekawa w odbiorze. • Moje serce zostało absolutnie podbite przez uchylenie rąbka dalszych losów bohaterów poprzednich części. Miło było znowu ich odwiedzić, sprawdzić, jak układają się ich związki, jak wielką rodzinę razem stworzyli. Tak to już jest, że przyzwyczajamy się do lubianych przez siebie postaci, niczym do starych przyjaciół. Ostatecznie wygrywa lojalność wobec bliskich, może też trochę patetyczne stwierdzenie, iż „zgoda buduje, niezgoda rujnuje”. Ten ostatni tom serii był bardziej romansem niż tajemnicą, znamy sekret Bianki, historia Meg to przede wszystkim klamra spinająca każdą z opowieści. Teraz mogę odłożyć książkę w spokoju, moja ciekawość została w pełni zaspokojona! • Słówkiem podsumowania, z familią Calhoun spędziłam sporo radosnych chwil. To lektury nieco ckliwe, ale zwyczajnie fajne, wciągające, nawet trudno mi znaleźć jakieś konkretne wady. Powieści Nory Roberts są literaturą, na której ewentualne minusy troszkę przymyka się oko, ponieważ bohaterowie skutecznie wzbudzają w odbiorcy sympatię. Polecam wszystkim osobom szukających książek niezbyt rozbudowanych, a sprawiających, że czas szybko nam leci. A Roberts to autorka z niesamowitą ilością weny — w końcu stworzyła ponad dwieście fabuł! Więc zapewne jeszcze się spotkamy…
  • [awatar]
    Erna
    W moim życiu jest sporo ważnych osób, swoistych autorytetów w kilku(nastu) dziedzinach, ale jedna postać szczególnie się wyróżnia — to Gerta Pohorylle, zasłynęła jako Gerda Taro, pionierka kobiecej fotografii wojennej. Niestety, trzeba spojrzeć prawdzie w oczy, to jej partner, Robert Capa, zazwyczaj cieszy się większą popularnością. Bohater wielu podręczników uczących fotografii, albumów, najczęściej przedstawiany samotnie. Lecz czy niepozorny Endré Ernő Friedmann zostałby Capą, gdyby nie Gerda? Świetnie się uzupełniali, tworząc znakomity duet, którego drogi w pewnym momencie musiały się rozejść… Tyle słowem krótkiego wstępu, a podejrzewam, że moją opinię przeczytają głównie osoby, które choćby połowicznie kojarzą padające tutaj nazwiska. Skupmy uwagę na książce Heleny Janeczek (tak, autorka ma polskie korzenie). Najpierw sięgnęłam po angielskie tłumaczenie, jakoś rok temu, z niec­ierp­liwo­ścią­ czekając na nadejście powieści do Polski. Cóż, doczekałam się, było warto! • Muszę przyznać, iż trochę rozczarował mnie tytuł, ja postawiłabym na „Dziewczynę z Leiką”, ponieważ to właśnie ten aparat był towarzyszem Gerdy, swoistą cechą char­akte­ryst­yczn­ą. Jednocześnie rozumiem, że potencjalny czytelnik może bardziej zainteresować się „Fotografką”, chwilami prostota bywa niezbędna, zwłaszcza na rynku wydawniczym, a każdy kraj rządzi się swoimi prawami. Na szczęście, na okładce widzimy Taro w mojej ulubionej „wersji”, figlarnej dziewczyny, uśmiechającej się zza zasłony (albo przysłony) czasu. Tak samo piękny jest prolog „Fotografki”, prawdopodobnie jeden z najc­udow­niej­szyc­h, jakie kiedykolwiek czytałam. Często do niego wracam i sądzę, że również będziecie zachwyceni, także epilogiem. Kunszt literacki, godny poznania. • Poznały się dzięki Georgowi Kuritzkesowi na basenie klubu Bar Kochba, a następnie spotykały się ponownie w tym samym towarzystwie po zakończeniu sezonu kąpielowego. Panowała już między nimi niejaka zażyłość, gdy dowiedziały się, że chodzą do tej samej szkoły. • „Środek” powieści to nieco skomplikowana lektura. Helena Janeczek pisze bardzo obrazowo, wręcz dokumentalnie, choć myślę, iż sporo czytelników może pogubić się w nawale nazwisk oraz pseudonimów. Cierpliwości! Gerda wypada niczym mozaika tworzona różnymi historiami, snutymi przez bliskich jej ludzi. Nie mamy do czynienia z klasyczną biografią, raczej z pozycją zachęcającą do dalszych poszukiwań, konstruowania własnych opinii, momentami do samodzielnego zapełniania białych plam w życiorysie, dopowiadania. Niemniej jednak, Janeczek w ciągu bodajże sześciu lat pracy nad książką, odkryła naprawdę dużo. • Poznajemy przede wszystkim Pohorylle, nie Taro, śledząc ścieżki młodej dziewczyny, orientując, w jaki sposób stała się świetną fotografką — nie chodzi wyłącznie o kwestie czysto techniczne, a o empatię, umiejętność obserwacji. Istnieją ludzie magnetyczni, charyzmatyczni, ludzie, których nie da się zapomnieć. Gerda właśnie była takim typem osobowości, nie tyle gwiazdą, co planetą, zrzeszającą wokół siebie satelity. Wiem, że owa książka spotykała się z dość skrajnymi recenzjami, już przy okazji swojej oryginalnej premiery, aczkolwiek gwarantuję, dobrze dać Helenie Janeczek szansę. Uważam, iż podołała postawionemu sobie zadaniu, opisała nie tylko Taro, ale też ciężkie czasy, w jakich przyszło jej żyć. Czasy interesujące, lecz niesamowicie trudne. • To powieść, której docenienie wymaga wspomnianej wyżej cierpliwości. Powieść, której powstanie autentycznie sprawiło mi radość, bo właściwie codziennie mam nadzieję, że Gerda Taro będzie stawała się coraz bardziej znana. Jeśli interesujecie się historią fotografii albo po prostu lubicie książki o wspaniałych kobietach — wtedy zdecydowanie musicie sięgnąć po tę pozycję. Tak, polskie wydanie „Dziewczyny z Leiką” jest najlepszą niespodzianką, jaka spotkała mnie w tym „literackim” roku. Jeszcze raz, serdecznie polecam każdemu, kto pragnie poznać Gerdę. Obiecuję, iż warto.
  • [awatar]
    Erna
    Agnieszka Osiecka jest mi po prostu niesamowicie bliska. Od dawna czytam wszystko, co jest sygnowane jej nazwiskiem, każde stare oraz nowe wydawnictwo, a do serii „Dzienników” regularnie wracam. Ten ostatni tom był przez miłośników twórczości Osieckiej bardzo wyczekiwany, choć mnie samą lekkim smutkiem napawała świadomość, że to już rzeczywiście koniec. Jednocześnie cały czas spędzony nad zapiskami Agi wzbudzał też ambiwalentne uczucia, zastanawiałam się, czy byłaby zadowolona z czytania tych prywatnych słów. Z drugiej strony, znając jej osobowość, nie miała problemów ze specyficznym rodzajem „emocjonalnego ekshibicjonizmu”. Cóż, chęć obcowania z tak wielkim talentem uśpiła moje moralne rozważania, dlatego z rozrzewnieniem otworzyłam świeży egzemplarz „Dziennika”, czekając krótką chwilkę, aż nadejdzie maj. Nie ma miesiąca bardziej kojarzonego z Osiecką, a wiem, iż nie tylko ja wpadłam na ten pomysł! • Najpierw chciałabym złożyć ukłon w stronę Karoliny Felberg, która wykonała wręcz tytaniczną pracę, spędzając dosłownie lata nad redagowaniem każdego pojedynczego zeszytu, dodając przypisy, wyjaśniając czytelnikom wszelkie zawiłości. Cieszę się, że właśnie pani Karolinie Agata Passent zaufała, powierzając jej zapiski swojej matki. Mogę sobie tylko wyobrazić, jak wyczerpujące oraz saty­sfak­cjon­ując­e musiało to być zajęcie. Nie zapominając również o Marcie Dobromirska-Passent, żona Daniela Passenta, dbająca o materiały archiwalne, dzięki którym jeszcze bliżej Agnieszkę poznaliśmy. Reasumując — za całym projektem stoi mnóstwo wspaniałych osób. Wszyscy podeszli do tematu z ogromnym zaangażowaniem i szacunkiem, co naprawdę jest ważne. • Osiecka z końcówki lat pięćdziesiątych to osóbka młoda, acz zaczynająca trzeźwiej patrzeć na świat, szukając odpowiedzi na trapiące ją pytania. Kwestionuje większość idei, chociaż wcześniej w nie wierzyła, powoli krystalizują się jej prawdziwe poglądy. Oczywiście, nadal wspomina o swoich sercowych rozterkach, przyjaźniach, ciągle charakteryzuje ją świeżość. Lata siedemdziesiąte to już naturalny przeskok, rozwój talentu pisarskiego, z jednoczesnym pozostaniem przy takim „dziewczyńskim” podejściem do pewnych spraw. Zabieg zamieszczenia dwóch zupełnie różnych etapów wydaje mi się bardzo ciekawy, można sobie stworzyć w głowie porównanie. • Tak, życie Agi było zdecydowanie barwne. Dzięki jej umiejętności obserwacji każda z opublikowanych części przypomina mi świetną powieść. W naszej bohaterce możemy przeglądać się jak w lustrze, szukając podobieństw i różnic. Dla mnie, została trochę przyjaciółką, wobec której potrafię być krytyczna, ona wobec siebie też, ale równocześnie bezgranicznie ją uwielbiam! Za to, że jest taka ludzka, rzeczywista, bezkompromisowa. Choć z momentami jej pamiętniki stały się zwięzłe, „telegraficzne” (chyba przez nawał zajęć, ach, te lata pięćdziesiąte…). Aczkolwiek nadal ze słów pisarki bije autentyczność, specyficzny rodzaj zadbania o unie­śmie­rtel­nien­ie różnych szczegółów, jakby Agnieszka miała świadomość tego, iż kiedyś będzie w tej formie czytana. • Moja przygoda z „Dziennikami” Agnieszki Osieckiej była piękna, wyczerpująca, emocjonująca, chyba nawet niezbędna. Te wszystkie tomiszcza są po brzegi wypełnione podkreśleniami, popełnianymi przeze mnie ołówkiem (nie uznaję długopisów w podobnych względach). Tak, większość zdań, to materiały, które warto zapamiętać, przytaczać w odpowiednich porach, odkrywać je na nowo. Chwilami bywałam zawistna o niesamowity dar rozumienia ludzi, char­akte­ryst­yczn­y dla Agi, jednak nie w negatywny sposób. Po prostu czasem chciałabym nią być, a czasami nie. Dobrze było poznać jej świat.
  • [awatar]
    Erna
    „Szklany klosz” po raz pierwszy przeczytałam we wakacje, tuż po skończeniu gimnazjum. Książka zrobiła na mnie monstrualne wrażenie, jak większość ówczesnych nastolatek zaczęłam identyfikować się z bohaterką, chociaż wówczas jeszcze nie miałam żadnych poważniejszych problemów. Do powieści wróciłam będąc już dorosłą kobietą, i dopiero mogłam lepiej zrozumieć, co autorka chciała przekazać. W końcu Esther Greenwood jest Sylvią Plath właśnie, ze wszystkimi jej przeżyciami oraz dramatami, a tych przeszła sporo. Kolejny krok ku poszerzaniu wiedzy na temat losów pisarki to lektura jej „Dzienników” i wierszy, mocno nacechowanych nostalgią. Ta twórczość niesie za sobą wielki ładunek emocjonalny, który wybuchł w Sylvii w trzydziestym pierwszym roku życia — wtedy je skutecznie zakończyła, zatruwając się gazem, uprzednio upewniając, że dzieci są najedzone i bezpieczne. Sięgnęłam po kilka biografii Plath, teraz nadeszła pora na głos Carla Rollysona. • Autor w swojej publikacji poruszył temat niezwykle delikatny, ale też przedyskutowany we wszelkich możliwych formach. Często patrzono na Sylvię tylko i wyłącznie przez pryzmat rozh­iste­ryzo­wane­j samobójczyni, która nie potrafiła sobie poradzić ze zdradami męża. Rollyson odczarowuje ten mit, przedstawiając nam obraz piekielnie utalentowanej osoby otoczonej naprawdę nieprzychylnymi jej ludźmi. Spoglądam na Plath jak na kobietę noszącą na ramionach ogromny ciężar — nawet przed matką próbowała udawać, że wszystko jest w porządku, a monstrualne problemy to drobnostki, będąc do aż takiego stopnia nieufną oraz samotną. To w mężu chciała od początku znaleźć oparcie, bezskutecznie. • Carl Rollyson pokusił się o interpretację wierszy poetki, wyraźnie wskazując, jak auto­biog­rafi­czne­ są. Pisanie miało dla niej formę pewnej terapii, sprawiającej, iż chwilowo łapała grunt pod stopami. Jeszcze mocniej uderza świadomość, że Sylvia latami zmagała się z oskarżeniami o „przesadzanie”, „brak wsparcia dla męża”, o bycie „rozpuszczoną dziewuchą”. Jednak największa zaleta pozycji napisanej przez Rollysona jest fakt rzeczywistego postarania się o obiektywizm, mimo niewątpliwej sympatii autora dla naszej bohaterki. Doskonale rozumie — również ona popełniała błędy, aczkolwiek każdemu się zdarzają potknięcia. To nie usprawiedliwia piekła, które przeszła. • Teda Hughesa zwyczajnie nie da się lubić, to skrajnie narcystyczna postać. Tym zabawniej wypada fakt, że ostatecznie właśnie żona, nawet pośmiertnie, zdołała go przyćmić, mimo wielu jego prób, aby stało się inaczej. Niemniej jednak, Rollyson okazuje szacunek wszystkim ludziom opisanych na kartach tej książki. Dlatego można zauważyć, iż Hughes sam był człowiekiem zaburzonym, wymagającym spec­jali­styc­znej­ pomocy, uciekającym przed kłopotami. To zaowocowało niezwykle toksycznym związkiem, trwale uszkadzającym nie tylko małżeństwo, lecz także przyszłe życia ich dzieci. Nicholas, syn Sylvii i Teda też popełnił samobójstwo, podobnie jak Assia Wevill, partnerka Hughesa, która zabiła siebie oraz córkę. Cała masa tragicznych historii, wstrząsająca lektura. • To naprawdę dobra pozycja, bardzo merytoryczna. Każda osoba zainteresowana postacią Sylvii Plath zdecydowanie powinna zapoznać się z publikacją Rollysona, wykonał kawał świetnej pracy zbierając wszystkie informacje dotyczące psychiki pisarki, co pozwala nam, miłośnikom jej twórczości, lepiej poznać ją samą. Łagodnie spojrzeć na tę nieszczęśliwą kobietę, ale również na ludzi wokół, a może też właśnie nas? Jeśli zmagacie się z myślami samobójczymi, potrzebujecie pomocy, to nie bójcie się o nią poprosić: 116 123 — to numer Kryzysowego Telefonu Zaufania.
Niepożądane pozycje
Brak pozycji
CheshireCat
Apsik

Projekt współfinansowany ze środków Unii Europejskiej w ramach Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego
Dotacje na innowacje - Inwestujemy w Waszą przyszłość
foo