Strona domowa użytkownika

Zawiera informacje, galerię zdjęć, blog oraz wejście do zbiorów.
[awatar]
Erna
Najnowsze recenzje
1 2 3 4 5
...
37
  • [awatar]
    Erna
    Moi bliscy dobrze wiedzą — Leopolda Tyrmanda kocham miłością bezsprzeczną i trochę szaloną. Nie ma znaczenia fakt, że przeczytałam wszystkie jego książki. Z przyjemnością sięgam po nie kolejne razy, odświeżając sobie pamięć. Z wiekiem, jak każdy, zmieniam się, swoje nastawienie, spojrzenie na świat, dlatego nie mogę stwierdzić, iż analizuję identyczne pozycje. One również ulegają przeobrażeniom, razem ze mną. Z tego powodu ucieszyła mnie wieść o wznowieniu „U brzegów jazzu”, czyli publikacji traktującej o jednym z mych ulubionych gatunków muzycznych. Po latach od pierwszego zetknięcia się z tą książką przekonuję: nadal jest znakomita, wciągająca, po, nomen omen, brzegi wypełniona zdaniami podkreślającymi wyjątkowość jazzu, ale z perspektywy miłośnika, nie profesora zasypującego nas fachową terminologią. Chyba właśnie na tym polega fenomen eseju Tyrmanda, na poczuciu zgłębiania w monolog fana, takiego samego, jak ja, tylko lepiej władającego słowem. • Staram się rzadko wspominać o szatach graficznych, w końcu liczy się głównie treść, lecz teraz nagnę zasady. Jestem naprawdę zadowolona z tego nowego wydania, wygląda po prostu ładnie, estetycznie, świetnie nadaje się na prezent. Wystarczy dopisać stosowną dedykację. Tyle z dygresji, którą proszę mi wybaczyć — mała słabość oraz skłonność do obdarowywania wszystkich wokół moimi ulubionymi pozycjami. A duża wartość „U brzegów jazzu” to możliwość dalszej dyskusji w gronie znajomych, analizy, poszerzania wiedzy. Dlatego dobrze zaopatrzyć się w ołówek albo samoprzylepne karteczki, pozaznaczać sobie najciekawsze zdania, a tych znajdziecie cała masa, gwarantuję. • Jest w tej książce coś czułego, co sprawia, że tak przyjemnie i w pewnym sensie wzruszająco się w nią zgłębia. Autor pięknie pokazał, jak muzyka potrafi łączyć, nawet ludzi mogących pozornie być wrogami. Jeden utwór, wspólna kontemplacja klarnetów, melancholijnych nut… Owszem, mam tutaj na myśli chyba najbardziej znany fragment naszej publikacji, często cytowany, często przytaczany. Jeżeli go nie znacie, to nie będę jeszcze nic zdradzać, bo sami po niego finalnie sięgniecie i sądzę, ż poczujecie się oczarowani wzniosłością zwyczajnej chwili… • Tyrmand mnóstwo miejsca poświęcił przede wszystkim na tło historyczne, w niezwykle interesujący sposób przedstawiając korzenie jazzu: skrępowanie, niewolnictwo, przekazywanie poprzez amatorskie instrumenty swojego bólu, powodowanego różnymi czynnikami, jednak również char­akte­ryst­yczn­ymi dla każdego człowieka, wbrew barierze czasu. Złość po stracie ukochanej osoby, poczucie beznadziei, samotności… To frapująco pokazane dzieje Ameryki Północnej, jej rozwoju, zwłaszcza społecznego, skupionego na Nowym Orleanie, czyli kolebce jazzu. A wszystko zmieszczono na trochę ponad dwustu stronach — niby niewiele, ale proszę uwierzyć, wynosimy z lektury wyjątkowo dużo. Staje się też przyczyną do dalszych poszukiwań, a taki chyba jest jej motyw, zaciekawienie czytelnika, wzbudzenie w nim fascynacji. A to autorowi zawsze wychodziło świetnie. • Po „U brzegów jazzu” zdecydowanie warto sięgnąć, nawet w sytuacji, gdy niespecjalnie szalejemy za jazzem właśnie. Jednak ta książka, esej, po prostu czaruje przepiękną stylistyką, profesjonalnym podejściem do tematyki. Tyrmand znakomicie wszedł w rolę przewodnika po świecie muzyki, przedstawiając najważniejsze kwestie sprawiające, iż pewne utwory mogą zupełnie zawładnąć sercem i duszą. Tak, to pozycja, do której miło wracać — za każdym razem odkryjemy coś aktualnego, mimo upływu czasu, jakbyśmy siedzieli tuż obok Lopka, z pasją opowiadającego o swoim wielkim hobby.
  • [awatar]
    Erna
    Tragedii nie da się wartościować, sprowadzenie brutalnych śmierci wyłącznie do statystyk zawsze sprawia, że czuję jakiś wewnętrzny niepokój. Niemniej jednak uważam też, iż pewne wydarzenia zostają nie tyle zapomniane, co trochę zepchnięte na margines. I mam tutaj na myśli właśnie zbrodnię w Palmirach — małej wsi, której łąka stała się niemym świadkiem morderstw. Morderstw, a ich motywem było wyłącznie pochodzenie ofiar, Polaków, „wrogów Rzeszy”. Przyznaję, ja również posiadałam naprawdę nikłą wiedzę w tej kwestii, dlatego z dużym zain­tere­sowa­niem­ sięgnęłam po książkę autorstwa Mariusza Nowika, dziennikarza i, jak można przeczytać w Internecie, „historyk z wykształcenia i zamiłowania”. Rzeczywiście, już od pierwszych stron czuć, że pan Nowik to osoba wkładająca w swoją pasję całe serce. Bo stworzenie podobnej publikacji wymaga ogromnej znajomości tematu, ale także zaangażowania oraz specyficznego rodzaju czułości, choć banalnie teraz nie brzmię. • Książkę napisano w sposób literacki, niezwykle sugestywny i obrazowy, wypełniony po brzegi szczegółami. Chyba dlatego czytanie zajęło mi stosunkowo dużo czasu — to spory ładunek emocjonalny, musiałam dawkować sobie przyswajane informacje. Z taką tematyką nie da się oswoić, bezsens tych zbrodni poraża za każdym razem. A tutaj oglądamy je oczami więźniów, którym oddano człowieczeństwo. Stają się dla nas żywymi ludźmi, nie kolejnymi numerami na liście ofiar, doskonale rozumiemy ich uczucia, marzenia, tak nagle przerwane przez sadyzm. Nie boję się użyć tego słowa, ponieważ zbrodnie dokładnie zaplanowano, z wręcz matematyczną precyzją, co tylko wzmaga szok. • O Palmirach nikt nigdy nie miał się dowiedzieć. Polana, według badań historyków, została przygotowana specjalnie do morderczych celów. Uznano ją za miejsce idealne: zaciszne, mogące pomieścić mnóstwo mogił. Doły, do których wpadali więźniowie, zabijani jednym strzałem. I rzędy pięknych sosen, sadzonych dla niepoznaki, rzędy drzew — gdyby umiały mówić, to opowiedziałaby o tym, jak wyrosły na łzach. Nawet późniejsze prace ekshumacyjne nie zawsze były w stanie przynieść ukojenie rodzinom pomordowanych, nadal wiele grobów jest podpisanych jako „NN”, bez szans na poznanie ich imion, nazwisk… • Pozycję wydano z wielką dbałością, znajdziemy w środku sporo zdjęć dokumentujących czytany tekst. Konkretne szczególnie zapadło mi w pamięć: twarz gajowego, Adama Herbańskiego, pokazującego pieńki, które oznaczał łuskami naboi. W ten sposób łatwiej było odnaleźć miejsce kaźni. Wiem, to tak właściwie całkiem zwyczajna (na tle innych ze zbioru) fotografia, lecz w połączeniu ze świadomością genialności tego pomysłu daje niesamowity efekt. Oto mężczyzna z grupy osób, która postarała się o odkrycie prawdy. Najb­oleś­niej­szej­ z możliwych, najo­krut­niej­szej­ — ale prawdy. Bo Palmiry w rzeczywistości nie są pojedynczym miejscem, a wieloma. Są symbolem każdego lasu będącego świadkiem polskich śmierci. Ta mult­iwym­iaro­wość­ poszerza perspektywę i jeszcze mocniej eksponuje nasze blizny… • Po „Palmiry. Zabić wszystkich Polaków” powinien sięgnąć tak naprawdę każdy. Chciałabym, aby ta pozycja była, choćby frag­ment­aryc­znie­, czytana w szkołach. Na końcu znajduje się lista z nazwiskami: oto wszyscy pochowani na lokalnym cmentarzu wojskowym. Tyle wycierpieli, teraz wiedza o poniesionej przez nich ofierze znowu wychodzi na światło dzienne. Mariusz Nowik stworzył coś po prostu wybitnego, godnego największej uwagi. Ponownie podkreślę, jak bardzo cieszy mnie fakt, że miałam możliwość zetknięcia się z jego książką. Panie Mariuszu — dziękuję.
  • [awatar]
    Erna
    Ostatnie lata to istne zatrzęsienie kryminałów, również na naszym rodzimym rynku wydawniczym. Oczywiście, niema w tym, gdyż książka, która trzyma w napięciu potrafi dostarczyć sporo emocji! Jednak musimy przyznać, że ciężko jest wymyślić oryginalną fabułę, wprowadzić innowację. Chyba napisano już wszystko, prawda? Aczkolwiek czasem można się zaskoczyć. Debiutancka powieść Michała Śmielaka to taka pozycja mająca w sobie char­akte­ryst­yczn­y rys. Morderstwa prostytutek, studentek, starszych małżeństw — na to zdążyłam trafić, mimo dopiero kilku krótkich lat spędzonych z kryminałami. Zabijani uzdrowiciele? Coś nowego, przynajmniej dla mnie, laika. Jak zawsze, daję debiutantom pewien kredyt zaufania, ponieważ dobrze rozumiem, iż wypracowanie własnej stylistyki wymaga dużego nakładu pracy. Chociaż wiem, i bez mojej opinii „Znachor” zbiera całkiem pozytywne recenzje, co cieszy! Wbrew paru nied­ocią­gnię­ciom­, wspomnę o nich za chwilę, nie pomijając wielu zalet. • Niewątpliwym atutem książki jest sama fabuła właśnie. Autor wpadł na ciekawą ideę, którą dość umiejętnie przeistoczył w powieść. Początek wypada rozwlekle, jednak warto przebrnąć przez kilkadziesiąt pierwszych stron, wtedy akcja serio zaczyna nabierać rozpędu, a my zastanawiamy się nad licznymi zagadkami, sprowadzającymi całość do serii tajemniczych zabójstw. Trochę mnie rozczarowało schematyczne podejście do roli policji, czyli bandy idiotów kompletnie oderwanych od rzeczywistości. Ten motyw dałoby radę poprowadzić jakoś bardziej realistycznie, pomimo wszystko trudno uwierzyć, że można być aż tak ślepym i głupim. Ale Śmielak nadrabia wplecionymi do powieści ciekawostkami historycznymi — i to naprawdę interesującymi! • Nasz główny bohater, Krzysiek, wzbudził we mnie skrajne emocje. Z jednej strony, ciężko mi było zapałać do niego sympatią, lecz z drugiej po prostu mu współczułam. Choroby, tego okrutnego wyroku, znam to z doświadczeń bliskich mi ludzi. Może dlatego rozumiem poczynania Krzysztofa, chęć złapania się jakiejkolwiek nadziei na cud. Nawet, jeśli cuda nie istnieją. Wiem, iż sporo osób narzekało na długie rozmowy Krzysztofa z Jakubem, znachorem. Aczkolwiek czytałam je z pewną przyjemnością, są intrygującym elementem, nadającym świeżości, choć czasem brzmią lekko banalnie. Nie szkodzi, ostatecznie są w porządku. • Szczegółowe opisy mają za zadanie wprowadzić nas w odpowiednią atmosferę, ale w niektórych chwilach czułam, że jest ich za wiele, co wybijało mnie z rytmu. Niewątpliwie nieźle poprowadzono zakończenie, trudno na nie wpaść przed skończeniem książki, co należy do jednej z najbardziej pożądanych cech w kryminałach. Fakt, mamy z autorem inne poczucie humoru, lecz mimo tego, doceniam jego ogólny styl oraz duży zasób wiedzy historycznej. Potrafił porządnie go wykorzystać. Parę wątków pozostało pod znakiem zapytania, więc chyba powinniśmy oczekiwać drugiej części? Liczę, iż Michał Śmielak ukrył rękawie jeszcze kilka asów, aby móc mnie w przyszłości pozytywnie zaskoczyć. • „Znachor” spodoba się głównie osobom dopiero rozsmakowującym się w kryminałach posiadających tę szczególną nutę char­akte­ryst­yczn­ą dla thrillerów. To świetna propozycja na początek przygody, która ma szansę się rozwijać — tak samo, jak twórczość recenzowanego dzisiaj autora. Trzymam za niego kciuki, widzę duży potencjał, można nim ciekawie pokierować. Rekomendacja i swoisty patronat Piotra Kościelnego zobowiązuje, a Michał Śmielak naprawdę nieźle sobie poradził. Będę dalej obserwować jego karierę czując, że kolejna książka wypadnie jeszcze lepiej. Powodzenia!
  • [awatar]
    Erna
    Wrażliwość głównie przywodzi nam na myśl pozytywną cechę, będącą najważniejszym składnikiem empatii. Ale ilu z nas usłyszało kiedyś z wyrzutem, że jest osobą „nadwrażliwą” albo „przewrażliwioną”? Ośmielę się stwierdzić, iż zapewne całkiem sporo. Tak to bywa, kilka dodatkowych literek, a wyraz już zupełnie zmienia swoje znaczenie, zostając czymś kojarzonym negatywnie. Przyznaję, sama zaczęłam zastanawiać się nad tą kwestią niedawno, poruszona ciekawą rozmową, którą odbyłam z koleżanką. I zbiegiem okoliczności, wtedy do moich rąk trafiła książka Katarzyny Kucewicz, dotycząca właśnie tematu tak zwanej „nadwrażliwości”. Zazwyczaj podchodzę dość sceptycznie do różnych poradników, bo wiem, że wśród nawału podobnych publikacji trudno znaleźć coś godnego uwagi. Jednak spotkałam naprawdę miłą niespodziankę, ponieważ słowa Kucewicz dotarły do mnie z pełną mocą. Nie dajcie się zwieść delikatnej okładce — owa książka to siła! • Katarzyna Kucewicz dobrze wie, o czym pisze. To psycholożka i psyc­hote­rape­utka­, od dawna pracująca z wysoko wrażliwymi osobami (możemy używać skrótu „WWO” lub „OWW”, nadmienię w ramach ciekawostki i ułatwienia). Całość dotyka ważnego tematu, lecz została stworzona w sposób bardzo przystępny. Tak, aby nikt nie miał kłopotu z pojęciem przekazu. Dlaczego autorka wzięła pod lupę przede wszystkim kobiety? Zacznijmy od faktu, że na przestrzeni wieków to my byłyśmy nazywane „histeryczkami”, w każdej odmianie tego wyrazu. Aczkolwiek, oczywiście, kwestia wysokiej wrażliwości dotyczy też mężczyzn. Nie ma absolutnie żadnego defektu w mężczyźnie „czującym mocniej”, pamiętajmy. • To rzetelna pozycja, która ujęła mnie obiektywizmem. Skupiamy się na tym, że nie możemy zmienić całego świata, jednak jesteśmy w stanie sprawić, iż ułożymy się w nim wygodniej. Równocześnie czerpiąc korzyści z wrażliwości, będącej zaletą, nie wadą, pomimo trudności. Autorka przedstawia różne techniki pomagające osiągnąć lepsze samopoczucie, zaczynamy akceptować swą osobowość. Pierwszy krok to zrozumienie, jakie cechy charakteru posiadamy, następnie przychodzi czas na akcentowanie ich w tak, aby stały się dla nas radością, nie udręką. • Dzięki książce zwróciłam uwagę na jeden fakt: wrażliwość jest odbierana przez społeczeństwo strasznie stereotypowo. Często wydaje nam się, że to cecha dominująca u ludzi zamkniętych w sobie, klasycznych introwertyków, co wprowadza w błąd. Bowiem także ekstrawertycy mogą funkcjonować będąc WWO, zastanawiając się, jak znaleźć miejsce w przebodźcowanej rzeczywistości. Katarzyna Kucewicz, poprzez opowieści różnych kobiet, pokazała trudne sytuacje i metody radzenia sobie z nimi. Czytając te historie z łatwością możemy poszukać wspólnego mianownika, lepiej pojąć własne zachowania. Autorka wyłuszczyła główne powody sprawiające, iż źle czujemy się ze swoimi emocjami — choćby niska samoocena, próba stworzenia innego człowieka, jakim nie jesteśmy. To męczące, niczym noszenie za małych butów… • Polecam osobom zainteresowanym tematem wrażliwości. Myślę, że bez problemu ocenicie, czy to publikacja skierowana do Was. To naprawdę interesująca pozycja, skonstruowana w prosty i zrozumiały, ale też wyczerpujący sposób. Katarzyna Kucewicz opierała się na własnych doświadczeniach, opowieściach kobiet, również na innej fachowej literaturze. Widać, jak dużą pracę włożyła w napisanie swej książki, której motywem przewodnim ma być pomoc każdemu człowiekowi „czującemu za mocno”. I najpewniej ten cel został osiągnięty!
  • [awatar]
    Erna
    Ostatnie lata udowodniły mi, że Polska obfituje w całą masę wspaniałych autorek i autorów. Zawsze cieszę się, gdy mogę poznać kolejne nazwisko, zgłębić się w czyjąś twórczość. To moje pierwsze spotkanie z Sarą Antczak, przecieram szlaki jej najnowszą powieścią zatytułowaną „Lina”. Początkowo nie miałam pojęcia, czego powinnam się po tej książce spodziewać. Romansu? Sensacji? Góry od dawna mnie interesują, z ich mocą, tajemniczością, siłą natury. Dlatego z przyjemnością sięgnęłam po „Linę”, mimo lekkich obaw, iż całość będzie zbyt ckliwa. Ale rzeczywiście nie warto kierować się wyłącznie dziwnymi przeczuciami, bo wówczas istnieje szansa stracenia okazji na dobrą lekturę. A „Lina” to właśnie ta dobra lektura. Wciągająca od pierwszych stron, wzruszająca, wypełniona po brzegi różnymi uczuciami. Naprawdę ciekawa pozycja, która pozytywnie mnie zaskoczyła, w praktycznie każdym aspekcie. Znakomita niespodzianka na początek roku. • Ninę i Mikołaj dzieli wiele, lecz łączy pasja, czyli wspinaczka. Pasja będąca sposobem na walkę z ich demonami, wynikającymi z traumatycznych przeżyć. Adrenalina wywoływana zdobywaniem kolejnych szczytów sprawia, że nasi bohaterowie chociaż w jakimś stopniu mogą przechodzić przez drogę uzdrowienia z problemów. Ciągle są poki­eres­zowa­nymi­ dziećmi w skórach dorosłych ludzi, próbujących odnaleźć się w trudnej rzeczywistości. Autorka świetnie odmalowała emocje targające obojgiem postaci, ich rozedrganie, bitwę o przetrwanie następnego dnia. To, co tworzy wrażenie „normalności” jest dla nich wielkim wysiłkiem. Wysiłkiem porównywalnym do odkrycia tajemnic najwyższych gór. Muszę przyznać, chyba aż za mocno zaczęłam współodczuwać. • Styl pisarki sprawia, iż książkę czyta się bardzo szybko, jednak ja wolałam dawkować sobie każdą kartkę, właśnie ze względu na ogromny bagaż emocjonalny płynący z tej opowieści. Dialogi wypadają naturalnie, poprzetykane niezbyt rozwlekłymi, acz dobrze rozrysowanymi opisami. Poza tym, nie bójcie się fachowej terminologii! Zadbano o odpowiednie przypisy, specjalnie dla osób, które na co dzień interesują się raczej innymi rzeczami niż wspinaczka. Dlatego można spokojnie sięgnąć po egzemplarz, myśleć wyłącznie o przedstawionej historii, będąc już przyszykowanymi na istną bombę uczuciową. • Naprawdę zachwyciło mnie, jak realistycznie wykreowano bohaterów. Są niesamowicie ludzcy, pełni wad, ale też zalet. Łatwo można sobie wyobrazić, że istnieją, są naszymi bliskimi znajomymi, o których w pewnym stopniu się troszczymy, o których się martwimy. Uważam, iż nawet tytuł książki nie jest przypadkowy. „Lina” — da się na nią popatrzeć dosłownie, jednak chyba Nina z Mikołajem są dla siebie asekuracją w formie emocjonalnej. Właśnie, ciągle mam problem z zakl­asyf­ikow­anie­m tej powieści do konkretnego gatunku. Widzę w niej ogromny potencjał psychologiczny, skłaniający czytelnika do przemyśleń na temat tego, jak poważne traumy z dzieciństwa wpływają na przyszłość, w każdym jej wydaniu. • „Linę” mogę polecić osobom poszukującym w książkach intensywnych uczuć. Przywiązałam się do głównych bohaterów, ich niej­edno­znac­znoś­ci, obserwowania wszystkich trudności, które muszą pokonać. Coś czuję, że finalnie będziemy przeczytamy kolejny tom, za co trzymam kciuki, oczywiście. Historia Niny i Mikołaja pokazuje, że zawsze warto o siebie zawalczyć. Może to brzmi banalnie, lecz trzeba pamiętać o tak uniwersalnej prawdzie, nawet najb­anal­niej­szej­. Sara Antczak to moje styczniowo-lutowe zaskoczenie, z pewnością zacznę śledzić jej dalszą karierę — powodzenia, Saro!
Ostatnio ocenione
  • Serce jak głaz
    Palmer, Diana
  • Spadek
    Dmowska, Beata
CheshireCat
Apsik

Projekt współfinansowany ze środków Unii Europejskiej w ramach Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego
Dotacje na innowacje - Inwestujemy w Waszą przyszłość
foo