Strona domowa użytkownika

Zawiera informacje, galerię zdjęć, blog oraz wejście do zbiorów.
[awatar]
Erna
Najnowsze recenzje
1
...
4 5 6
...
37
  • [awatar]
    Erna
    ​Po krótkiej przerwie znowu przyszła pora na fantastykę. Jakoś lubię sięgać po nią jesienią, gdy coraz częściej leje deszcz, pogoda robi się dość przygnębiająca, a człowiek ma ochotę oderwać myśli od szarej rzeczywistości. Tym razem mój wybór padł na książkę Tomasza Kamińskiego. Przyznaję, okładka jest naprawdę zachęcająca. Ślę pozdrowienia w stronę wydawnictwa, gdyż zawsze trafiają w dziesiątkę z wyborem grafik. Przyciągają oko, obiecują ciekawą treść, świetnie prezentują się na półce. No, właśnie, czy teraz też zawartość dorówna „opakowaniu”? W ogólnym rozrachunku — owszem, mimo kilku mankamentów, które jednak można wytłumaczyć i spojrzeć w ich kierunku z wyrozumiałością, co za moment wyjaśnię. Debiutantom daję lekkie fory, ponieważ rozumiem, iż dopiero rozwijają swój warsztat. A mocno liczy się idea, pomysł na fabułę, a później chęć na doskonalenie umiejętności, przyjmowanie konstruktywnej krytyki, czyli ciężka praca. • Na uznanie zasługuje przede wszystkim sama atmosfera. Niezwykle gęsta, duszna, wprawiająca czytelnika w poczucie bliżej nieu­zasa­dnio­nego­ zagrożenia. Dlatego sądzę, że po tę powieść najlepiej sięgnąć wieczorem, aby jeszcze intensywniej przeżyć z bohaterami ich przygody. Całe multum magii, dziwnych potworów, odważnych ludzi, którzy są zmuszeni do dokonywania trudnych wyborów. Wiem, brzmi dość szablonowo, aczkolwiek momentami mam wrażenie, iż większość pisarzy fantasy wychodzi z podobnej osi akcji, ale później rozbudowuje ją wedle oryginalnych szczegółów. I te szczegóły są najistotniejsze, w nich tkwi sedno każdej fabuły. W przypadku „Polowania” właśnie one tworzą, opisywany przeze mnie wcześniej, char­akte­ryst­yczn­y klimat. • Mamy do czynienia z dosyć opasłym tomem, a wydaje mi się, że całość można było uszczuplić o kilkadziesiąt kartek. Pewne fragmenty są do siebie podobne, choćby wielokrotne podkreślanie wyglądu zewnętrznego danych postaci. To ten zgrzyt, który średnio mi się spodobał, bo łapałam się na myśli, iż chyba powtarzam tę samą stronę, co wcześniej. A szkoda, mam nadzieję na poprawę w przypadku kolejnych części — spodziewam się całej serii. Kibicuję, warto tworzyć dalej, widać spory potencjał do wykorzystania w przyszłości. • Nasz główny bohater to w pewnym sensie krynica cnót wszelakich, mimo otoczki osoby chłodnej, odrobinę wyniosłej. Ale potrafi oszczędzać swoich wrogów, myśleć o innych, posiada głębokie życie wewnętrzne. Da się go lubić, aczkolwiek „tylko” lubić, ponieważ nie wzbudza większych emocji. O wiele ciekawiej prezentuje się Zenkeld. Cyniczny, kierujący się pobudkami wynikającymi z problemów powstałych w dzieciństwie, egoistyczny. Do szpiku kości niesympatyczny, lecz, wbrew rozsądkowi, z zain­tere­sowa­niem­ śledziłam jego wątek. Z racji tej „charakterności”, którą sobie bardzo cenię w literackich postaciach. Cóż, teraz musimy poczekać na następne części cyklu. Praktycznie wszystkie kwestie pozostały nierozwiązane, więc trzeba uzbroić się w cierpliwość, aby odkryć kolejne sekrety. • „Polowanie” powinno przypaść do gustu osobom, dopiero poznającym fantasy, jeszcze wdrażającym się w temat. Wówczas wady nie będą im aż tak przeszkadzać, bo domyślam się, że koneserzy gatunku mogą poczuć się lekko zawiedzeni. Niemniej jednak, warto dać Tomaszowi Kamińskiemu szansę. Czuć, iż pisanie sprawia mu sporą frajdę, ma głowę pełną pomysłów, toteż trzymam kciuki. Zdecydowanie sięgnę po nowe książki, zaciekawiona obserwacją warsztatu. I naprawdę cieszy mnie fakt promowania debiutantom, poszerzania naszego ojczystego rynku wydawniczego.
  • [awatar]
    Erna
    Czekałam dokładnie trzy lata na możliwość przeczytania kolejnej powieści autorstwa Ellen Marie Wiseman. Poprzednia książka, z jaką miałam styczność, czyli „To, co zostawiła”, zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Nadal lubię do niej wracać i ponownie przeżywać te same emocje, a czasami odkrywając coś nowego. Dlatego z wielkim zain­tere­sowa­niem­ zasiadłam w fotelu, sięgając po „Dla jej dobra”. Tym razem również się nie zawiodłam! Pisarka wprowadziła czytelników w barwnie stworzony świat, chwilami gorzki, smutny, ale zawsze tchnący nadzieją. Akcja bardzo mnie interesowała, jednak postanowiłam dawkować sobie każde zdanie, aby móc jak najdłużej cieszyć się lekturą. Myślę, iż to najlepsza rekomendacja! A uwierzcie, naprawdę chciałam szybciutko skończyć całość, poznać finał, lecz z perspektywy czasu nie żałuję obranego toku czytania. Jeśli nie lubicie zachwytów, to możecie ominąć dalszą część recenzji — brak wad! • Kiedy poznawałam wstrząsającą historię Lilly zamkniętej przez matkę w pokoju, a potem sprzedanej, czułam spory ból, choć to postać fikcyjna. Autorka niezwykle opisowo przedstawiła dość okrutną egzystencję w cyrku. Lilly wywarła na mnie emocjonalne wrażenie. Odebrano jej dzieciństwo, gdy najpierw zmuszono ją do życia na strychu, następnie traktując ją niczym rzecz. Owszem, cyrk był dla niej surowym miejscem, ale zaoferował też przyjaźnie oraz dojrzewanie, naukę do stawania w swojej własnej obronie. Tam, pośród kolorowych świateł, śmiechu widowni, nasza bohaterka została zaproszona do przyspieszonej lekcji odkrywania, kto jest przyjacielem, a kto wrogiem… • Historie opowiedziano w różnych perspektywach dwóch niezwykłych młodych kobiet — Lilly Blackwood w latach trzydziestych i Julii Blackwood w latach pięćdziesiątych. Trudno mi wybrać, która z opowieści mocniej mnie ujęła. Są ze sobą ściśle powiązana, bez siebie nawzajem nie mają najmniejszego sensu. Chociaż, owszem, mam pewną słabość do Lilly. Nie wiem, jak można być tak bezdusznym, jak jej matka!? Momentami prowadziłam dialogi w swojej głowie, gdzie mówiłam tej paskudnej osobie, co o niej myślę. Choć irracjonalnie to brzmi! • Autorka wykonała wspaniałą pracę, badając opisywany przez siebie okres, wplatając kilka prawdziwych wydarzeń z historii. Świadomość, że sporo fragmentów zostało zainspirowanych faktami kreuje jeszcze bardziej wciągającą całość. Wiem też jedno — miłośnicy „braci mniejszych” mocno się spłaczą. Sama odczuwałam głęboki smutek oraz przerażona okrutnym traktowaniem zwierząt przedstawionym w tej powieści. Tak, maltretowanie w cyrkach było czymś zupełnie normalnym. Mogę tylko się domyślić, co przeżywała Wiseman, gdy robiła research. Jednak realne odwzorowanie rzeczywistości sprawiło, jakbym istniała tuż obok bohaterów, przeniesiona do ich czasów. To zawsze swoisty prezent od pisarza, możliwość zabrania czytelnika w dowolne miejsce na świecie. Dziękuję, Ellen! • Książki Marie Ellen Wiseman polecam przede wszystkim osobom przepadającym za retrospekcjami, masą rodzinnych tajemnic i wzruszeniami. A tych ostatnich naprawdę nie brakuje! „Dla jej dobra” pozostanie w moim umyśle na długo, a swój egzemplarz zamierzam pożyczyć kilkorgu bliskim (niechaj ustawią się w kolejkę!), bo sądzę, że lektura wywoła w nich podobne wrażenie. A nie ma nic lepszego od świetnej powieści, która staje się później przyczyną interesujących dyskusji — przy herbacie, przy regale z wieloma publikacjami…
  • [awatar]
    Erna
    Po raz trzeci w ciągu niedługiego czasu sięgam po książki Seweryny Szmaglewskiej. Wstyd się przyznać, ale wcześniej sądziłam, że autorka stworzyła tylko jedną publikację. Jak dobrze, iż dostałam możliwość przeczytania reszty, bo to pozycje niezwykle istotne. Szczerze — chyba każdy powinien zapoznać się z twórczością Szmaglewskiej, choć doskonale rozumiem trudność w przyswojeniu lektury. Zostawiają w nas namacalny ślad. Poruszają tematy arcyciężkie, lecz nadal aktualne, mimo upływu lat, gdyż zwyczajnie nie możemy zapomnieć o tym, co niegdyś spotkało miliony ludzi. A wszystko z chorej nienawiści do wyimaginowanych wrogów. Pani Seweryna, owszem, próbowała szukać odpowiedzi na nurtujące pytania: dlaczego świat doprowadził się do takiego kryzysu? Jednak nie wiem, czy kiedykolwiek znajdziemy konkretny powód. Wystarczy być przyzwoitym człowiekiem i umieć stanąć w obronie tych, którzy już nie mają siły obronić się sami. • Tyle słowem skromnego wstępu, polegającego głównie na moich krótkich przemyśleniach. Dlatego wracamy do sedna, czyli „Niewinnych w Norymberdze”. O procesach zbrodniarzy wojennych chyba wszyscy (a przynajmniej większość) uczyliśmy się w szkołach, chociaż przyznam, że w mojej temat został potraktowany powierzchownie, czego zawsze żałowałam. Niedobory wiedzy musiałam uzupełnić w domu. Aczkolwiek ciągle skupiałam uwagę na suchych faktach, a nie ma niczego lepszego od zeznań naocznych świadków. Jednym z nich była, oczywiście, Seweryna Szmaglewska. Swoje przeżycia dosadnie opisała w, na przykład, „Dymach nad Birkenau”. Ale musiała je przytoczyć przed innymi, na przekór ogromnemu bólowi wynikającemu z każdej retrospekcji. • Międzynarodowy Trybunał ograniczył się do dwóch polskich świadków. To niesamowicie mało, biorąc pod uwagę liczbę ofiar. Próbuję sobie wyobrazić, jak wielka odpo­wied­zial­ność­ spoczywała na barkach naszej bohaterki, jakim stresem musiało być przytaczanie traumy. Lecz mam nadzieję, że Seweryna była z siebie dumna, ponieważ jej odwaga sprawiła, iż zbrodniarze mogli zostać skazani, mimo ich bezczelności, gdy chcieli udowadniać swoją rzekomą niewinność. Ta książka jest ważnym świadectwem pokazującym bezkres buty ze strony katów i bezkres poczucia obowiązku ze strony pokrzywdzonych. • Całość, jak zwykle, napisano przepięknym językiem, tak bardzo kontrastującym z okrutną treścią. Każdy fragment jest dosłownie wypełniony detalami, tworząc niezwykle realistyczne opisy, przenoszące nas w środek historii. Trudno mi było się oderwać od już zaczętej książki, choć jej lektura sprawiała mi ból, właśnie ze względu na świadomość wszechobecnej prawdy. Publikację stworzono aż trzydzieści lat po procesach, a nadal obfituje w szczegóły. Co tak długo powstrzymywało Szmaglewską? Pewien rodzaj ignorancji, który, niestety, odczuwała ze strony wielu osób. I wrażenie niemożności streszczenia niew­yobr­ażal­nego­ — doskonale pojmuję te emocje, chociaż prawdopodobnie wszystko, co ja przeszłam, jest niczym w porównaniu z losami ofiar wojen… • Komu polecam tę pozycję? Cóż, każdemu. Naturalnie, w jakiś sposób trzeba do niej dojrzeć, aby w pełni pojąć sens. Aczkolwiek sądzę, że warto próbować, rozmawiać z innymi. A może nawet czytać „grupowo”? Wydaje mi się, że to rodzaj literatury wymagający ogromnej dozy szacunku oraz skupienia. Ciąży na nas odpo­wied­zial­ność­ za kolejne pokolenia, by nigdy nie popełniono podobnych błędów, zbrodni. Świadectwa Seweryny Szmaglewskiej są drogowskazem, niechaj jej twórczość spoczywa na półkach wszystkich domów i nie pokrywa się kurzem.
  • [awatar]
    Erna
    Międzywojnie to jeden z najciekawszych fragmentów naszej historii. Niektórzy uznają, że ten temat został „zajechany na śmierć”, poprzez całą masę pozycji traktujących o najróżniejszych kwestiach. Czasem trafiamy na przejaskrawione seriale, gdzie urocze damy noszą wyłącznie perły, futra i opaski z piórkiem, a towarzyszący im detektywi rozwiązują strasznie pogmatwane sprawy. A okazuje się, iż rzeczywistość chwilami była o wiele bardziej interesująca od wymysłów scenarzystów. I zdecydowanie brutalniejsza. Z ogromną chęcią sięgnęłam po najnowszą książkę Kamila Janickiego, traktującą o dawnych zbrodniach. O samym autorze słyszałam oraz czytałam dużo dobrego, więc w końcu nadarzyła się okazja, aby skonfrontować cudze opinie z moją. I, muszę przyznać, iż w pełni zgadzam się ze wszystkimi osobami, które zachwalają Janickiego. Od „Seryjnych morderców II RP” wręcz trudno oderwać wzrok, a po skończonej lekturze nadchodzi chęć na ponowne przeczytanie kilku akapitów. • Myślę, że na uznanie zasługuje ogrom pracy, jaki autor włożył w stworzenie swojej książki. Wiele godzin spędzonych nad starymi aktami, wycinkami z gazet, poszukiwaniem śladów — i, proszę mi wierzyć, mimo cyfryzacji, to wszystko nie jest aż tak proste, jak mogłoby się wydawać. Potrzeba sporo uwagi do oddzielenia istotnych informacji od przysłowiowego „lania wody”. Dlatego całość czyta się szybko, poszczególne historie przypominają świetnie napisaną powieść. A mamy do czynienia z prawdziwymi zbrodniami, chwilami mrożącymi krew w żyłach. Niektórzy mordercy mieli dość wyrafinowaną fantazję, często skierowaną przeciwko kobietom, ale należy pamiętać, iż również one potrafiły być okrutne… • Ciężko było mi (jak wielu innym) spokojnie przeczytać o zabójstwach dokonywanych na niemowlętach. A wyjątkowo bulwersująco wypadały wyroki sądów, strasznie zero-jedynkowe: albo niewinność, albo śmierć. Same procesy sprawiały wrażenie teatralnych, wypełnionych dramatycznymi gestami, omdleniami i nieoczekiwanymi zwrotami akcji. Nic dziwnego, że inspirowały różnych twórców. Ludzie, spragnieni tej wątpliwej rozrywki, gorąco dyskutowali przy obiadach, na ulicach, często kłócąc się między sobą, spierając o racje. Gładko przechodzimy do kwestii ówczesnych mediów, a konkretniej — międzywojennej prasy, będącej prawdziwym „sędzią”… • Co ciekawe, to właśnie gazety potrafiły konsekwentnie kierować uczuciami. Dziennikarze tłumnie przybywali na procesy, opisując je w niezwykle kwiecisty sposób, docierając do rzekomych świadków wydarzeń, ludzi powiązanych ze sprawcami lub ofiarami. Niestety, artykuły miały ogromną moc oddziaływania, do tego stopnia, że na ławę oskarżonych trafiali nieszczęśnicy pomawiani, obrażani, bez szans na konkretną obronę. Nawet w chwili, gdy zostali uniewinnieni, nadal ciążyło nad nimi widmo już wydanych gazet, w których jasno wskazywano ich jako winnych. Kamil Janicki bardzo umiejętnie nakreślił te, całkiem liczne, sytuacje. Tym samym sprawił, że jego publikacja naprawdę poszerza horyzonty w różnych dziedzinach. Frapujące, zdecydowanie godne przeczytania. • „Seryjni mordercy II RP” to pozycja warta uwagi, zwłaszcza dla każdego miłośnika historii. Idealna na długie jesienne wieczory, gdy jesteśmy znudzeni nowym sztampowym horrorem. Autor stworzył książkę trzymającą w napięciu aż do ostatniej strony, okrutnie fascynującą, ale też przerażającą ze względu na swój realizm. Do tego sporo zdjęć, fragmentów z autentycznych notatek prasowych lub policyjnych, więc po raz kolejny podkreślam świetną pracę, jaką wykonano. Rzetelną, pozbawioną „suchych faktów”. Proszę nie obawiać się nudy, bo ta nie istnieje!
  • [awatar]
    Erna
    Z najświeższych obliczeń wynika, że po raz piąty sięgam po książkę autorstwa Nory Roberts, a cała masa jeszcze przede mną. Ale tym razem już opuszczamy świat książąt, księżniczek i ich miłostek. Nie ukrywam, polubiłam poprzednie fabuły, bohaterów, skomplikowane relacje rodzinne oraz wszelkie perypetie. Jednak nadszedł czas na zmiany — poznajemy niejaką Catherine. Lato odchodzi, lecz mamy do czynienia z dość wakacyjną lekturą, przyjemnie rozgrzewającą w ostatnio chłodne dni. Tak, twórczość Roberts jest, moim zdaniem, dobrą odskocznią od rzeczywistości, problemów, pomaga się odprężyć, gdy najbardziej potrzebujemy. odrobiny spokoju. Oczywiście, w tego typu literaturze trafiamy na pewne absurdy, banały albo niedorzeczności, aczkolwiek zazwyczaj przyjmujemy je z przymrużeniem oka. Nie bawią w złośliwy sposób, raczej „uroczy”, trochę bajkowy. A teraz skupmy uwagę na tytułowej bohaterce, jej ukochanym. Mała doza skromnych przemyśleń… • Schemat wygląda klasycznie: mamy damsko-męski duet, który na początku pała do siebie niechęcią. A im bardziej robią sobie na złość, tym mocniej się zakochują. Wiem, brzmi podobnie do wielu innych powieści. Lecz C.C. (to przezwisko Catherine) jest wyjątkowo sympatyczna, polubiłam ją, dzięki czemu zaciekawiły mnie jej dalsze losy. Trzymałam kciuki za szczęśliwe zakończenie i pomyślałam, iż fajnie byłoby rzeczywiście poznać taką osobę! Dowcipną, bystrą, wrażliwą, ale też silną. Trochę laurka, jeśli mam wymienić jakąkolwiek wadę, to chyba ogromny temperament! • Całość napisano prostym językiem, bez silenia na żenujące wyznania miłości. Dialogi wypadają naturalnie. Na uwagę zasługują opisy otoczenia, niezbyt rozwlekłe, aczkolwiek bardzo obrazowe, przenoszące czytelnika w sam środek historii. Tak, jakbyśmy obserwowali poczynania postaci będąc bliską im osobą, stojącą z boku, pozbawioną możliwości ingerencji, lecz żywo zainteresowaną wszystkim, co się dzieje. Dlatego książkę przeczytałam tę szybko, zajęła mi dwa wieczory, a wielu pewnie skończy ją w zaledwie kilka godzin. A jej miła atmosfera na trochę pozostanie w pamięci. • Sposób, w jaki powieść nakreśla dwie różne epoki potrafi zaciekawić. Tragiczna historia miłosna Christiana i Bianki, połączoną z tajemnicą zaginionego naszyjnika, to interesujący dodatek do głównej osi akcji, a ja zawsze przepadałam za retrospekcjami, zespojeniem przeszłości z tera­źnie­jszo­ścią­. Wpleciono nawet… duchy, co może niektórym nie przypadnie do gustu, jednak zapewniam — owe fragmenty trudno określić „żenującymi”. Natomiast relacja C.C. i Trenta jest po prostu słodka! Gdy opada między nimi wojenny kurz, zaczynają traktować siebie nawzajem troszkę staroświecko, a równocześnie niewinnie, romantycznie. Owszem, uczucie wybucha szybko, co łatwo zrozumieć, spoglądając na liczbę zadrukowanych kartek. Nie stracono ani chwili. • Podsumowując, wydaje mi się, że „Catherine” rozpoczyna całkiem fajny cykl! Z przyjemnością sięgnę po kolejne tomy i już zacznę ich wypatrywać. A mam wrażenie, iż pojawią się stosunkowo często, patrząc na odstępy czasu między poprzednimi książkami. Jeśli lubicie literaturę lekką, sprawiającą sporo radości przy czytaniu, to zdecydowanie musicie zapoznać się z twórczością Nory Roberts. Wypada naprawdę dobrze w porównaniu z mnóstwem wspó­łcze­śnie­jszy­ch autorek, nie traci na aktualności, więc rozumiem jej fenomen, na który pracowała przez lata.
Ostatnio ocenione
  • Serce jak głaz
    Palmer, Diana
  • Spadek
    Dmowska, Beata
CheshireCat
Apsik

Projekt współfinansowany ze środków Unii Europejskiej w ramach Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego
Dotacje na innowacje - Inwestujemy w Waszą przyszłość
foo