Czy pańska książka to autobiografia? - Nie. Proszę nie sugerować się częstym występowaniem zaimka „ja” zamiast „on”. Owszem, czerpię z własnego życia, ale traktując je z pełnym obiektywizmem, tak jakby chodziło o kogoś innego. Często zmyślam, fantazjuję. Poszczególne epizody są dla mnie wyłącznie tworzywem, surowcem. Krótko mówiąc, nie jest to pamiętnik, lecz seria nowelek lub gawęd.Czym dla pana jest potrzeba pisania, jak rozpoczyna się u pana proces twórczy? - Potrzeba pisania jest tak samo niewytłumaczalna jak potrzeba kochania. Zaczyna się, jak już wspomniałem, od pomysłu, od czegoś, co nie zależy od naszej woli. A kiedy rzecz jest gotowa, rodzi się inna potrzeba - publikacji. Ta druga potrzeba nie jest już taka tajemnicza. O wiele łatwiej wyjaśnić, dlaczego postarałem się o wydanie tej książki. Otóż nie z chęci popisu. Wiek próżności mam dawno za sobą. Po prostu wierzę, iż są to rzeczy dobre i nieprzyjemna byłaby dla mnie myśl, że po latach butwienia w szufladzie moje maszynopisy wylądują na śmietniku. Być może wartość tych tekstów przeceniam, ale który ojciec wolny jest od słabości wobec swoich dzieci? Kto jest adresatem pana książki, do jakiego kręgu, grupy wiekowej jest adresowana? - Moim czytelnikiem jest po prostu ktoś mający nawyk czytania, ktoś traktujący utwór literacki jako dzieło sztuki, ktoś zżyty z literaturą i innymi zjawiskami artystycznymi. Czy to ktoś w określonym wieku? Nie sądzę. Ale to prawda, że żaden pisarz nie pisze dla wszystkich, każdy ma swój krąg potencjalnych czytelników. Czy do nich trafi, to już osobna sprawa. Jeśli ma szczęście, takie spotkanie nastąpi. W księgarni, w bibliotece publicznej. Czytelnik bierze książkę do ręki i stwierdza: „To coś dla mnie.” Jeśli czytelnicy potencjalni staną się rzeczywistymi, autor może powiedzieć, że wygrał los na loterii.