Gdzie ja jestem? Ivo miał ochotę otworzyć oczy, lecz porzucił ten zamiar. Wszystko go bolało, ale przynajmniej nikt go teraz nie bił. Domyślał się, że leży w poruszającym się powozie, czuł zapach skóry i woń kwiatowych perfum. Zapewne został uratowany przez damę jadącą tym pojazdem. Poczuł zakłopotanie, lecz zaraz potem uzmysłowił sobie, że jego obecna sytuacja jest o wiele lepsza niż posczas ataku brutali, których nasłała na niego Daphne. Niezwykła przemiana kobiety, która zapewniała go niegdyś o swym uczuciu, zadziwiła go, lecz nie miał teraz siły, by się nad tym zastanawiać. To, co poczuje, gdy nadejdzie czas na rozważania, nie powinno go teraz obchodzić. Liczyło się tylko to, że nie będzie w stanie dotrzymać obietnicy danej umierającemu przyjacielowi, a jej bratu. Słyszał stukot końskich kopyt, okrzyki woźnicy, skrzypienie powozu i turkot kół. Spomiędzy tych dźwięków dochodziło go jakby skrobanie, delikatne jak szept. Powóz zwolnił, skręcił i zatrzymał się. Z zewnątrz dobiegły jakieś głosy. Ivo uniósł powieki i ujrzał przed sobą parę okolonych długimi rzęsami orzechowych oczu. - Och, dobrze, że się pan obudził. Zastanawiałam się, jak wyniesiemy pana z powozu, jeśli będzie pan nieprzytomny. Jest pan dość duży – dodała z przekąsem właścicielka pięknych oczu. - I zakrwawiony. I brudny. (Fragment).