Czytając opowiadania z tomu „Luneta z rybiej głowy” zanurzamy się w świat na obrzeżach mitu. Dobre rozwiązania i szczęśliwe zakończenia są tutaj wciąż możliwe. Patryk Zalaszewski w „Lunecie z rybiej głowy” stworzył świat, który tylko pozornie przypomina to, co znane. Mamy Bałtyk, rybacką wioskę (w żadnym wypadku nadmorski kurort), rodzinę, sąsiadów, postronnych i milczenie z rzadka przerywane rozmową, scenografię i bohaterów, którzy są zwykli, powszedni jak dzień pracy rybaków, nieromantyczni jak smród patroszonych dorszy. Ale to właśnie w tej codzienności autor odnajduje przestrzeń dla nadziei. Każdemu z opisywanych bohaterów chcemy, czytając, kibicować. Ufamy, że uda mu się wyrwać z nadmorskiego uwikłania, od przemocy, która jak fale morskie powraca, powraca, powraca i upomina się o kolejny los. Czytając opowiadania, które składają się na ten tom, zanurzamy się w świat na obrzeżach mitu, przypowieści, chcąc, żeby zło przegrało. Jesteśmy małym chłopcem-narratorem, przewodnikiem w świecie naznaczonym stratą, frustracją, niespełnieniem i porażkami. Bez naiwności, za to z czystą ufnością zbieramy historie, zadajemy pytania, słuchamy. I chyba jeszcze wierzymy, że fatum można przechytrzyć. Choć jesteśmy przecież dorośli i dużo częściej przed rozczarowaniem chronimy się, wybierając cynizm i inne środki ochronne, które pomagają mierzyć się z niedoskonałościami odpowiedzialnego życia.Wie o tym dobrze autor, pisząc, że „obietnica spokoju jest ważniejsza niż sam spokój. Przecież to nadzieja jest przeciwieństwem beznadziei, a nie prawda”. I dlatego stworzył w „Lunecie” świat, w którym dobre rozwiązania są wciąż możliwe, a szczęśliwe zakończenia mogą się bohaterom i bohaterkom przydarzyć (nawet jeśli tylko w teorii). Dzieje się tak w dużej mierze dzięki językowi tej książki.