Zawiera informacje, galerię zdjęć, blog oraz wejście do zbiorów.
Do czytania wybieram najczęściej literaturę sprzed XXI wieku, nie stronię od liryki i dramatu, czasami sięgam po reportaż, a najrzadziej decyduję się na literaturę popularnonaukową. Bardzo lubię czytać biografie, wspomnienia, listy i dzienniki.
Poniższe wyrywki z czytanych przeze mnie tekstów mocno ze mną współgrają, więc są przedłużeniem tych kilku słów o sobie :)😊
„Ciekawe jest widzieć, że niemal wszyscy ludzie wielkiej wartości zachowują się z prostotą i że niemal zawsze owa ich prostota jest brana za świadectwo tego, że są niewiele warci”.
Myśli, Giacomo Leopardi
„Intensywność marzeń, ważniejsza jest od ziszczeń”.
Wysoki Zamek, Stanisław Lem
-
Jestem pod wielkim wrażeniem tej lektury, pewnie dlatego, że ani spodziewałam się, ani oczekiwałam jakiegokolwiek mistrzostwa. Gonczarow dotąd był mi autorem zupełnie nieznanym. Gdyby ten tytuł poprzedziło takie nazwisko jak: Dostojewski, Puszkin, Tołstoj lub Turgieniew, zainteresowanie i spodziewania byłyby, oj byłyby. • Drażnił mnie ten umęczony życiem i brakiem woli Obłomow, ale mimo to bardzo mu kibicowałam i trzymałam kciuki do końca za to, by wytrwał w zgodzie ze swoją maksymą – teraz lub nigdy. • Czasami przywodził mi na myśl Fimę od Oza, nawet częściej niż czasami, a trochę rzadziej, ale też, nasuwał skojarzenia z harcdore’ową bohaterką „Mojego roku relaksu i odpoczynku”. Wspólnym mianownikiem ich łączącym, był brak woli. • Styl życia w Obłomówce, rodzinnym majątku barina, tą nazwą Zachar podkreślał jeszcze niedostosowanie się Obłomowa do „nowych czasów”, to głównie nieróbstwo, czcza gadanina, ciasnota horyzontów, strach przed tym, co inne i nowe. Tak kształtował się charakter małego, a potem starszego Ilji, a że predyspozycje i temperament chłopca były podatnym gruntem dla takiego siewu, wyhodowana została dorodna obłomowszczyzna, jak trafnie zespół wszystkich cech bohatera nazwał Sztolc. Ilia, który nawet gdy wstał z łóżka, to tak jakby nadal w nim leżał i marzył, uważał, że przecież wszystko jakoś się zrobi, ułoży się. • Świetnie, bo prawdziwie Gonczarow nakreślił bohaterów. Niechlujnego, niezdarnego i gderliwego Zachara, który kocha swojego pana i służy mu jak może najlepiej. Rozsądnego i wiernego przyjaciela, Andrzeja Sztolca, przeciwieństwo Ilji Iljicza. Bezczelnego, wyrachowanego oszusta Tarantiewa, knującego i obmyślającego plany wykorzystania Obłomowa pod płaszczykiem dobrych intencji i przyjacielskich rad. Najbardziej jednak podobała mi się sylwetka Olgi Siergiejewny, prawdziwie mądrej młodej kobiety, której charakter, zachowanie i samozaparcie w walce o obudzenie Ilji z obłomowskiego snu, zrobiły na mnie wrażenie. I jak trafnie Olga spostrzegła: „Dziwne to stworzenie, człowiek”. • Koniec za to bardzo mnie usatysfakcjonował, bo… nic na siłę.
-
Dla mnie nie jest to przypowieść o przyjaźni, ale o poczuciu odpowiedzialności za drugiego człowieka. • I o przywiązaniu. • I o marzeniach. • Relacje pomiędzy głównymi bohaterami, przywiodły mi na myśl trudną, a zarazem fascynującą zależność pomiędzy Singerem i Antonapoulosem z „Serce, to samotny myśliwy”. • I nie tylko to literackie skojarzenie przyszło mi na myśl, bo w momencie, gdy Lenny i George dopuścili Candy’ego - podobnego im życiowego rozbitka - do swoich planów na przyszłość, przed oczyma ujrzałam niewydajne zwierzęta z „Muzykantów z Bremy”, które poznając się w trudnym dla siebie okresie życia, również marzyły o lepszej przyszłości na starość. • I po raz kolejny można się przekonać, że Steinbeck to klasa sama w sobie. Nieważne, czy mała forma, czy obszerna, mnie zawsze siła zawartych w nich emocji zdumiewa.
-
Skala naturalizmu w książce Pristawkina samego Emila Zolę mogłaby przygnębić. • Ta książka nie kunsztownym językiem i nie wyborną stylistyką stoi, ale przytłaczającą mocą prawdy życia wojennych radzieckich sierot, które z podmoskiewskiego sierocińca trafiają na Kaukaz w ramach zasiedlania tych terenów przez pożądany czynnik społeczny, a po przymusowym wysiedleniu wrogiego elementu, czyli rdzennych mieszkańców, Czeczenów i Inguszów. Tajemnicza nieobecność tych ostatnich to temat tabu, niebezpieczny i poruszany półsłówkami, zawsze szeptem, z trwogą w oczach i oglądaniem się za siebie. • Na tym tle w urągających warunkach bytują „szakale”, dzieci-sieroty, których nadrzędnym celem jest przetrwać. • Czytając tę opowieść, widzimy głównie różne przejawy atawizmu, dlatego wpleciony w tę koszmarną rzeczywistość liryzm „Głazu” Lermontowa, poraża siłą kontrastu. • Do tej pory jedynie „Wilcze dziecko” Ingeborg Jacobs poruszyło mnie w takim stopniu jak ta historia. Oba teksty oparte niestety na faktach. • „Głaz” • Michaił Lermontow • Nocowała ongi chmurka złota • Na starego głazu ciemnym łonie... • Wstała rankiem... Już nią wicher miota, • Już ją niesie ku dalekiej stronie... • Ale został po niej ślad wilgotny • W szczerbie głazu, niby znamię smutku... • I głaz stoi... I duma samotny... • I w pustyni płacze po cichutku...
-
Angel Wagenstein urzekł mnie przede wszystkim sposobem, w jaki historię Izaaka Jakuba Blumenfelda opowiedział. Styl, język i nastrój były mi niezwykle bliskie, bo okazały się skrzyżowaniem stylistyki uprawianej przez Stefanię Grodzieńską i Andrzeja Mularczyka. Te nostalgiczne nuty, przywiązanie do życia mimo wszystko, pogodzenie ze światem w jego zmiennych kolejach losu, dystans do siebie i wszystkiego wokół, ciepły i familiarny ton, oraz przede wszystkim cnota nienarzekactwa. Tymi cechami ta książka stoi. • Jakże też ten Kołodziec, w którym nie wadząc nikomu żyły obok siebie rozmaite nacje i przedstawiciele różnych kultur, przypominał mi Mularczykowe Krużewniki.
-
„Jego portret. Opowieść o Jonaszu Kofcie” dopełnił obraz twórcy, ten, który poznawałam wcześniej poprzez jego poezję i piosenki. To wcześniej było wizerunkiem romantyka, u którego liczy się słowo, jego brzmienie i nostalgia przemieszana z melancholią, który widzi i czuje więcej, który banał przemienia w brylant, który absurd przekuwa w celną ripostę. A który, na koniec, czuje wielkie zmęczenie i rozgoryczenie. • Przedtem miałam tylko wyobrażenie, teraz otrzymałam fakty i konkrety. Teraz, dzięki Piotrowi Derlatce, objawił mi się dobry, utalentowany człowiek, niedostosowany do szarej prozy życia, zagubiony w niej i niepotrafiący zadbać o swoje pozaliteracko-towarzyskie powinności. Wymykający się codzienności i nudnym obowiązkom, któremu „kultura” picia alkoholu w PRL-u, padając na podatny grunt, odebrała zdrowie, rodzinę i życie. • Według mnie najpiękniej o Jonaszu powiedział Andrzej Poniedzielski - „Jonasz pokazał nam, że w tym czarno-białym, zniewolonym kraju za pomocą dobrego manipulowania czernią i bielą można uzyskać szarość wpadającą w zieleń”. • I chociaż, przed sięgnięciem po tę biografię, życie Jonasza Kofty nie było mi zupełnie obce, to dzięki niej dowiedziałam się o wiele, wiele więcej. Nie znałam bowiem wcale okresu poznańskiego i związanych z nim barwnych lat nauki w tolerancyjnym, na tle innych szkół średnich, liceum plastycznym. Wydawało mi się też, że o niezapomnianym XV Krajowym Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu, którego Kofta był dyrektorem artystycznym, wiem sporo, jednak o tym, że Telewizja Polska wycięła z montażu konferansjerkę Jerzego Stuhra podczas jednego z koncertów – nie wiedziałam! Właśnie podczas tego koncertu, krakowski aktor wcielił się w rolę technicznego, tego od przestawiania mikrofonów i kabli na scenie, tyle że na koniec i on sięgnął po mikrofon, i zaśpiewał… Wykonanie, ale przede wszystkim przesłanie piosenki Kofty „Śpiewać każdy może”, w tamtych czasach, było mocno kontrowersyjne. • Autor biografii Jonasza Kofty wykonał godną podziwu weryfikację dokumentów i materiałów, dotarł do imponującej rzeszy osób, związanych z Koftą zawodowo i prywatnie, z którymi przeprowadził ogrom rozmów. Przedstawił szeroki kontekst historyczny, społeczny, kulturalny i obyczajowy czasów, w których żył twórca piosenek, ale tym samym rozmył Koftę na tym tle, zamiast go na nim wyróżnić. Pełny portret poety pojawia się tak naprawdę dopiero w ostatnim okresie życia, tym zdeformowanym chorobą i nałogiem. • Mimo iż Derlatka ma niezły styl i gładko czytało mi się tę napisaną przez niego opowieść, wychodził z niego polonista-interpretator, który narzucał czytelnikowi swoje rozumienie sensu utworów Kofty. Miałam też podczas czytania wrażenie charakterystycznej akademickości tej książki, objawiającej się przesadnym nagromadzeniem cytatów, jak w naukowej dysertacji. Wydaje mi się, że autorowi zabrakło luzu, dystansu i wyrobienia, jakie prezentuje, chociażby, Mariusz Urbanek. Chylę jednak czoła przed kwerendą, której dokonał.