Zawiera informacje, galerię zdjęć, blog oraz wejście do zbiorów.
Do czytania wybieram najczęściej literaturę sprzed XXI wieku, nie stronię od liryki i dramatu, czasami sięgam po reportaż, a najrzadziej decyduję się na literaturę popularnonaukową. Bardzo lubię czytać biografie, wspomnienia, listy i dzienniki.
Poniższe wyrywki z czytanych przeze mnie tekstów mocno ze mną współgrają, więc są przedłużeniem tych kilku słów o sobie :)😊
„Ciekawe jest widzieć, że niemal wszyscy ludzie wielkiej wartości zachowują się z prostotą i że niemal zawsze owa ich prostota jest brana za świadectwo tego, że są niewiele warci”.
Myśli, Giacomo Leopardi
„Intensywność marzeń, ważniejsza jest od ziszczeń”.
Wysoki Zamek, Stanisław Lem
-
„Mój departament to jest: księżyc” - tak napisał Gałczyński w „Czterdziestym szóstym Krakowie”, ale miłośnik utworów poety wie to nawet bez znajomości tego wiersza. Księżyc jest bowiem ulubionym lejtmotywem autora - wschodzi i przemyka przez tę lirykę niemal bezustannie. Ukoronowaniem tego księżycowego ja jest poświęcony mu utwór „Księżyc”, w którym poeta oprowadza nas po swoim resorcie. • Ten niewielki zbiór jest jedynie mrugnięciem oka w stronę „Zaczarowanej dorożki” — tytułu, który wyrósł na symbol jego poezji. • Nic więc dziwnego, że wybór otwierają Zaczarowana dorożka, dorożkarz i koń. Dalej otrzymujemy przekrój twórczości Gałczyńskiego od końca lat dwudziestych z moją ulubioną „Serwus, madonną” i jej „snem wariata śnionym nieprzytomnie”, aż po utwory ostatnie pisane już w Praniu – „Pieśni”, „Niobe” i fragmenty „Kroniki olsztyńskiej”. • Zbiór jest estetycznie wydany, przyjemnie czyta się wiersz za wierszem, strony zdobi balonik, który podczas szybkiego kartkowania... rośnie ;) • Księżyc, zieleń i srebro zawsze przywodzą mi na myśl Lorkę, ale wyłącznie poprzez te trzy łączniki, bo u Gałczyńskiego nie znajdziemy andaluzyjskich Gitanos ani przeczucia śmierci, przeznaczenia czy nieuchronnego losu. Gałczyński śni na jawie, marzy i fantazjuje. • Z "Kolczyków Izoldy": • Były dwie siostry: Noc i Śmierć • Śmierć większa, a Noc mniejsza, • Noc była piękna jak sen, a Śmierć, • Śmierć była jeszcze piękniejsza”.
-
Kierując się długo utrzymującym bardzo dobrym wrażeniem wywołanym lekturą „Kos kos jeżyny” Tamty Melaszwili, świadomie sięgnęłam po „Wyliczankę”, a po jej przeczytaniu tylko utwierdziłam się w przekonaniu, że autorka na dobre trafiła do grona moich ulubionych pisarzy. • Oszczędny język „Wyliczanki” nie ułatwia wejścia w świat przedstawiony. Ten ciąg wypowiedzi i przemyśleń, urywających się nagle i chaotycznie przeplatających, śledziłam bardzo uważnie, by nie przegapić tego, co istotne. W tym szaleństwie jest jednak metoda, bowiem świat pogrążony w chaosie prowadzi do chaosu myśli i działań. • Na początku trudno było mi odnaleźć się w rzeczywistości nastoletnich bohaterek – Ninco i Dzidzi, które jako jedyne spośród otaczającej je, mocno wybrakowanej społeczności, wydawały się przejawiać jakąkolwiek inicjatywę. • Brak wsparcia ze strony dorosłych, którzy wydawałoby się, że są wyposażeni w mechanizmy reagowania wypracowane przez lata doświadczeń, przyspieszył proces dorastania dzieci. • Wojna w tym utworze pełni rolę symbolu, jest wydarzeniem jakich wiele. Ważniejsze od - gdzie i dlaczego – jest - jak przetrwać i przeżyć, a także, jak zaopiekować się… dorosłymi, którzy nie potrafią już zadbać o siebie i stoją na krawędzi. Wydaje mi się, że dzieci w tej książce mają więcej siły i odporności na okrucieństwo i znieczulicę. • Temat – niekomfortowy, styl – wymagający, historia – przygnębiająca, a czytelnik, siedząc wygodnie w fotelu, uświadamia sobie, jak wielkim przywilejem jest możliwość zakończenia tej historii przez zamknięcie książki. • Na długo zostanie ze mną to zdanie: • „Nie może być tak, żeby życie ludzkie było nic niewarte”
-
Jedna z bardziej marginalnych pozycji w moich czytelniczych zbiorach, przejrzana przed podarowaniem jej nastoletniej córce koleżanki, marzącej o karierze wojskowej. Prezent miał mieć charakter bardziej żartobliwy niż poznawczy. Rymy są dość proste, miejscami wręcz częstochowskie i wydają się bardziej odpowiednie dla młodszego czytelnika. Na plus – ładne wydanie, które z pewnością przyciągnie uwagę najmłodszych.
-
Podbiła moje serce ta książka, ale nie od razu – dopiero w ostatecznym rozrachunku. Początki były trudne, a odczucia ambiwalentne. Po kilku stronach byłam gotowa ją odłożyć. Pomyślałam jednak: skoro dałam szansę „Wojnie polsko-ruskiej…” pod wiadomą flagą, to i w tym przypadku spróbuję. Zwłaszcza że moje pierwsze spotkanie z autorem pozostawiło wielki literacki niedosyt i sprowokowało do natychmiastowych poszukiwań jego innych utworów. • Tak trafiłam na „Czefurów…”, którzy nawinęli się jako pierwsi. Okazało się jednak, że debiut Vojnovicia niekoniecznie jest utrzymany w stylu i klimacie jego nagrodzonej Angelusem „Mojej Jugosławii”. • Gdy nareszcie przywykłam (człowiek do wszystkiego może się przyzwyczaić 😉) do krwisto-soczystego języka bohaterów, mieszkańców lublańskiego blokowiska na Fužinach, gdy wtopiłam się w tę czefurską atmosferę i weszłam w świat nastolatków – niby stamtąd, ale tak naprawdę zewsząd – odkryłam, że jest to tekst uniwersalny, a wrażliwość autora wyziera zza każdej strony, pomimo nieobyczajnych postaw i wulgarnego języka. • Często razi mnie sztuczność książkowych dialogów prowadzonych przez nastoletnich bohaterów. W „Czefurach…” jest odwrotnie – język brzmi autentycznie i szczerze. Dzięki temu nawet jego brutalność przestaje razić, bo staje się integralną częścią świata przedstawionego. • Życie czterech nastoletnich przyjaciół o skomplikowanych narodowościowo korzeniach nie jest światem, który imponuje. Jako rodzic cieszę się, że mój syn, będący rówieśnikiem Marka, nie musi dorastać w podobnej rzeczywistości. Paradoksalnie jednak, mimo że nie akceptowałam większości zachowań bohaterów, zżyłam się z nimi i zrozumiałam, skąd bierze się ich bunt. • Myślę, że mój ostatecznie pozytywny odbiór tej książki wynika również z pokoleniowego pokrewieństwa z autorem. Łatwo było mi zrozumieć doświadczenie ludzi, którzy po rozpadzie pewnych trwałych światów musieli na nowo budować swoją tożsamość. Nieobce jest mi także doświadczenie życia trochę z boku – nawet jeśli ta odrębność istnieje przede wszystkim w świadomości. • Poza tą psychologiczną bliskością tekst Vojnovicia okazał się dla mnie prawdziwą kopalnią wiedzy o współczesnych relacjach między narodami byłej Jugosławii. Wiem chociażby to, kim są Janezi, a kim czefurzy ;) • Bardzo spodobał mi się również pomysł na tytuły rozdziałów. Są jak pytania dziecka próbującego zrozumieć, dlaczego świat działa właśnie tak, a nie inaczej. Mnie przywodziły na myśl stare dowcipy rozpoczynające się od pytania: „Dlaczego...?”, z odpowiedzią, która miała wszystko wyjaśnić. U Vojnovicia odpowiedzi nie zawsze są prześmiewcze, ale niemal zawsze przygnębiające lub tragikomiczne. • Po lekturze zostawiam więc kilka z tych pytań – jako najlepszą zachętę do sięgnięcia po tę książkę: • Dlaczego komunizm jeszcze nie wymarł? • Dlaczego czefurzy nie rozmawiają o seksie? • Dlaczego nazywam się Marko? • Dlaczego wszyscy mają cię kompletnie w dupie? • Dlaczego Bośnia nie jest dla czefurów?
-
„Myślę, że niezupełnie słusznie przywiązuje się dzisiaj tak dużo wagi do wyników sportowych. Zapewne są to te widoczne dla oka granice, które pozwalają ogarnąć całość wyniku sportowego, ale podobnie jak granica przeciągnięta na ziemi jest sama przez się tylko linią, tak samo i rekordy nie miałyby treści, gdyby nie zamykały w sobie tego, co jest od nich ważniejsze – przeżycia sportowego”. • Pięknie ujęła to Halina Konopacka – zdobywczyni pierwszego w historii Polski złotego medalu olimpijskiego. • Nieprzypadkowo właśnie od słów Konopackiej chciałam zacząć tę opinię, ponieważ tego pamiętnego, 1928 roku, oprócz Konopackiej, mistrzem został także… Kazimierz Wierzyński. Polski poeta na igrzyskach IX Olimpiady w Amsterdamie zdobył złoto w Olimpijskim Konkursie Literatury i Sztuki. • Te dwa złote medale przypominają, że pierwotna idea olimpijska od początku łączyła siłę ciała z siłą ducha. Dziś niewiele osób pamięta, że wówczas medale olimpijskie przyznawano również za twórczość inspirowaną sportem. • Mimo iż „Dyskobola” i „Skok o tyczce” Wierzyńskiego pamiętam jeszcze ze szkoły, to przyjemnie było przeczytać je ponownie z dorosłej perspektywy. I jakże ciekawe poznawczo stały się inne wiersze, których wcześniej zapewne nie odczytałabym w pełni – „Paddock i Porrit”, „Fanfara na cześć Karola Hoffa”, „Erminio Spalla”, „Nurmi”. Bardzo podobał mi się także, jeszcze z angielska pisany, „Match footbollowy”. • Na zakończenie – jako podsumowanie moich poetyckich wrażeń – niech wybrzmi zwrotka z „Defilady atletów”: • Nasza pieśń nie zna waszych uniesień i wieszczeń, • Inny sztandar nas zwołał i na czołach legł, – • My sławimy natchnienie, muskuły i przestrzeń, • Serce, co maratoński wytrzymuje bieg.