Zawiera informacje, galerię zdjęć, blog oraz wejście do zbiorów.
Do czytania wybieram najczęściej literaturę sprzed XXI wieku, nie stronię od liryki i dramatu, czasami sięgam po reportaż, a najrzadziej decyduję się na literaturę popularnonaukową. Bardzo lubię czytać biografie, wspomnienia, listy i dzienniki.
Poniższe wyrywki z czytanych przeze mnie tekstów mocno ze mną współgrają, więc są przedłużeniem tych kilku słów o sobie :)😊
„Ciekawe jest widzieć, że niemal wszyscy ludzie wielkiej wartości zachowują się z prostotą i że niemal zawsze owa ich prostota jest brana za świadectwo tego, że są niewiele warci”.
Myśli, Giacomo Leopardi
„Intensywność marzeń, ważniejsza jest od ziszczeń”.
Wysoki Zamek, Stanisław Lem
-
Lubię surrealizm, absurd i czarny humor, ale nie zawsze i nie w każdym wydaniu. Zastanawiałam się, jak to będzie w tym przypadku? Okazało się, że Różycki trafił w mój gust: ekspansja słowa i rozpasanie wyobraźni tworzą prozę, która wdzięcznie wymyka się realistycznym konwenansom. • Bohater wie, że śni, ale ta świadomość wcale nie daje mu kontroli nad snem. Miotany jego prawidłami, poddaje się nierzeczywistemu ciągowi zdarzeń i zdaje na łaskę dziwacznych krewnych zamieszkujących leciwą kamienicę. • Odwiedza babkę Apolonię, która wręcza mu pewien klucz. Spotyka wuja - typowego polskiego wuja, co to do tańca i do różańca. Zna się na wszystkim, lubi trzymać pieczę nad skarbami przeszłości, otacza się ludźmi, których może wykorzystać, i w ogóle wie, co w trawie piszczy. Trafia też na podejrzanego kuzyna i jego niby muzę Anielę, rozmawia ze stryjem próbującym przedstawić własną wersję rodzinnego dziedzictwa w opozycji do wuja, a na koniec flirtuje ze światową, pełną seksapilu kuzynką. • Miałam wrażenie, że Różycki pełnymi garściami czerpie z naszej literackiej spuścizny. Choćby to pokrewieństwo z Gombrowiczem — szczególnie widoczne w groteskowych rodzinnych i narodowych sporach, w które bohater zostaje uwikłany wbrew własnej woli. W tej osobliwej familijnej galerii niejeden czytelnik rozpozna zapewne kogoś ze swoich krewnych. Paradoksalnie przerysowanie wcale nie odbiera tym postaciom aktualności, przeciwnie, pozwala dostrzec w nich znajome typy. • Chwilami bohater przywodził mi też na myśl Anhellego — nie jako postać romantycznie tragiczną, lecz jako świadka, którego prowadzi się przez świat zbiorowej pamięci i historycznego dziedzictwa. • Absurd i groteska „Bestiarium” odsłaniają niewygodną prawdę o naszym stosunku do przeszłości i tradycji. Nie jest to jednak ugłaskana groteska — bywa drapieżna, a nawet perwersyjna. Co rusz uderzała mnie paląca celność uwag autora. Śmiech zamierał, nim zdążył się narodzić. • Kilka razy, podobnie jak bohater, czułam się przytłoczona intensywnością tej osobliwej misji i wędrówki. W końcu sama zaczęłam wypatrywać powodzi, na którą tak wszyscy czekali. • Największą przyjemność sprawiał mi jednak poetycko rozwydrzony język Różyckiego — nonszalancki, rozbuchany, z lubością igrający ze słowem. • A oto próbka tej samowoli słowa: • „I choć przechodząc obok, odwracali głowy, przytulali się i rozmawiali w najlepsze, wiedziałem, że odwracając głowy, od moich bosych stóp je odwracają, że szepczą o mnie, że nie patrząc w moją stronę, właśnie w moją starają się stronę patrzeć”.
-
Nie porwała mnie ta historia, najprawdopodobniej dlatego, że spodziewałam się opowieści o podróżach niedźwiadka Wojtka i jego niedźwiedziowym żywocie, wypełnionym żołnierskimi przygodami. • Tymczasem Wojtek, dziwnym trafem, przenosi się w czasie i ląduje w samym centrum wydarzeń związanych z walką Polaków o niepodległość. Są to na pewno ważne momenty w historii Polski, przedstawione zwięźle, zrozumiale i ciekawie, ale… • Uczynienie misia Wojtka przewodnikiem po tych wydarzeniach nijak mi nie pasowało. Odebrałam ten pomysł jako próbę wykorzystania popularności niezwykłego niedźwiedzia do opowiedzenia historii, która niewiele ma wspólnego z jego własnymi losami. Dla mnie Wojtek jest symbolem, a nie wabikiem na czytelników. • Dlatego nie umiem się z tym pogodzić.
-
Jakże ciekawie poznawać w literaturze nowe światy, choć przecież od dawna są odkryte, opisane w encyklopediach i zaznaczone na mapach. • Przekonałam się, że opis świata widzianego z perspektywy jednej, wcale nie najwytworniejszej ulicy potrafi pokazać więcej niż najdłuższe hasło w encyklopedii. • „Nasza ulica” to zbiór siedemnastu kameralnych opowiadań o ludziach splecionych miejscem codziennej egzystencji. • „My, ludzie z Miguel Street…” — tak mówi o sobie i pozostałych mieszkańcach tej niezbyt długiej trynidadzkiej ulicy młody narrator, w którym nietrudno dopatrzyć się rysów samego autora, późniejszego noblisty, dziś nieco zapomnianego — Vidiadhara Surajprasada Naipaula. • „My, mieszkańcy, traktowaliśmy naszą ulicę jako rozległy świat, w którym każdy różni się od pozostałych”. • Poszczególnych bohaterów poznajemy oczyma chłopaka, sąsiada i towarzysza smutków, radości, skandali i szarej codzienności, z którą jakoś trzeba się zmagać. Galeria postaci jest, jak to w przypadku takich uliczek bywa, barwna i niebanalna. Marzenia, przyzwyczajenia i dziwactwa tworzą rodzaj symbiozy. Każdy na tej ulicy ma swoje miejsce, a gdy kogoś zabraknie, robi się dziwnie pusto. • Dziecięca perspektywa łagodzi ostrość tego świata, nie odbierając mu jednak jego smutków, śmieszności i okrucieństw. • Najbardziej podobało mi się liryczne, smutne i wzruszające opowiadanie o poecie — „C. Wordsworth”. Uśmiechałam się przy „liczeraczurze” i „połezji” w „Prawdziwym powołaniu”, a szczerze ubawiła mnie wyprawa na kraby zorganizowana przez Edwarda, brata Hata. • Im dłużej przebywałam na Miguel Street, tym mniej obcy wydawał mi się ten odległy świat. I tak oto jedna niepozorna ulica na Trynidadzie okazała się świetnym miejscem, żeby na chwilę zatrzymać się i ukoić rozedrganie wywołane milionem spraw do załatwienia.
-
Po raz drugi trafiłam na tytuł książki, który nawiązuje do rzeźby Theodora Kalidego. Za pierwszym razem był to jego bytomski "Lew śpiący" w „Balladzie o śpiącym lwie”, a teraz chorzowski "Chłopiec z łabędziem", który w jednoaktówce pod tym samym tytułem odgrywa marginalną rolę. • A może nie? • A może Villqist bierze gotowe dzieło innego artysty i nadaje mu nowe życie? Czyniąc z niego tytuł własnego dramatu, pokazuje, że dzieło sztuki nigdy nie jest ostatecznie zamknięte w intencji swojego twórcy. Kalide wyrzeźbił konkretnego chłopca z konkretnym łabędziem. Nadał im kształt, gest, kompozycję. Możemy tę rzeźbę obejrzeć, opisać, nawet zmierzyć, ale nie możemy raz na zawsze ustalić, co ona znaczy. Każdy patrzący wnosi do niej własne doświadczenia, skojarzenia i wyobraźnię. • Dla mnie tytułowa rzeźba jest symbolem wolności i swobody, których brakuje bohaterkom dramatu wtedy, gdy próbują żyć w zgodzie ze społeczeństwem, jego regułami i rytmem. A gdy nie potrafią się dostosować, gdy rzeczywistość staje się trudna do ujarzmienia, czy nie upodabniają się do wyobrażonego przez rzeźbiarza chłopca z łabędziem? Wykraczają poza przyjęte kategorie, pozostają poza ustalonym porządkiem. Tylko czy ta wolność nie determinuje samotności i wykluczenia? • Jakże osobnym rodzajem literackim jest dramat, szczególnie w wersji pisanej! Jak blisko mu do malarstwa, rzeźby i poezji, które podobnie jak on wymykają się jednoznacznemu odczytaniu. Sztuka dramatyczna zostawia we mnie najczęściej mnóstwo wątpliwości i pytań. Zamiast podsumowywać, prowadzę więc dyskusję z samą sobą. • I jeszcze te bezimienne fotografie, zaproponowane przez Stanisława Rośka, dodające tej rozpisanej na jeden akt sztuce nie tylko głębi, lecz także nowych, pozaliterackich znaczeń. • Te wszystkie przemyślenia o relacji między dziełem sztuki, jego twórcą a odbiorcą towarzyszyły mi w trakcie poznawania bohaterek dramatu. • Głęboko poruszyła mnie ta sztuka, bo jest mi bliska, bo mnie samej trudno jest zapanować nad rzeczywistością i wszystkim tym, obok czego inni przechodzą bezrefleksyjnie. • Bardzo chciałabym spojrzeć na Hagen i Arni występujących na scenie i spróbować poczuć ich emocje.
-
Wiersze Tomasza Różyckiego z tego zbiorku są refleksyjnym spojrzeniem na nasze „dzisiejsze sprawy”, choć szybko okazuje się, że wiele z nich ciągnie się za ludzkością od wieków. Niezbyt optymistyczne i dalekie od sentymentalno-melancholijnego tonu to spojrzenie. Sprawy stoją tu jasno i wyraźnie, czasem wręcz dobitnie — bez zbędnych upiększeń. Od czasu do czasu pięknie błąkają się wśród nich poetyckie kalambury. Nad niektórymi musiałam się zatrzymać, inne przyswajałam od pierwszego wersu. • Przenikają się tu motywy Boga, miłości, wojny i poezji, a pomiędzy nimi krąży Kalipso — antyczna nimfa, która przestrzega przed miłością i przywiązaniem do tego, co przemija, choć sama bynajmniej nie wydaje się nieczuła. • Już na początku poezja ta skojarzyła mi się z niemal równolegle czytanym końcowym monologiem Stasiuka „Z dziennika pisanego później”. Różycki też jest pesymistycznie wylewny — uwiera go teraźniejszość, a przyszłość widzi raczej w czarnych barwach. • Wiersz „Już listopad” przywiódł mi na myśl płonące kieliszki z filmowego „Popiołu i diamentu”. Podobnie odczytałam tę poetycką scenę — jako oddanie hołdu i czci, a może przede wszystkim przywrócenie pamięci o tych, którzy walczyli i polegli. Te lirycznie płonące kieliszki stają się zniczami nagrobnymi: śladami po kimś, kogo już nie ma. • „Pełga płomień • Nad kieliszkami. Tak ich ożywiłem, • Na to pozwala zapis cyrografu, • Tyle może poezja: zapamiętać • Wszystkie imiona, a także kolejność, • W jakiej siedzieli za stołem, nim trafił • Pocisk, wbił błysk.” • Po lekturze całości tomiku przyszło mi do głowy zdanie z listu Wisławy Szymborskiej do Zbigniewa Herberta: „Jacyś złośliwi bogowie zakpili z nas okrutnie”. Bo w „Hulankach & Swawolach” na przekór swawoli hula pesymizm. Bogowie bawią się ludzkością tak, jak przed dwoma tysiącami lat. Uczucia wyższe niczego nie gwarantują. Nie zatrzymają wojny, historii, śmierci ani czasu. A mimo to człowiek nie potrafi z nich zrezygnować. • Wie o tym także Kalipso. Wie, że kochać znaczy zgodzić się na utratę, dlatego chwilami namawia do czegoś przeciwnego niż jej antyczna poprzedniczka: odejdź, nie zakochuj się, zapomnij. Tyle że sama nie potrafi zapomnieć. Bo niczego nie można zatrzymać, ale można próbować zapamiętać. I dokładnie to samo robi poezja. • Z tych mało swawolnych hulanek zapamiętam: • „Dwadzieścia siedem” — przewrotnie o stworzeniu świata, ale mnie przede wszystkim zatrzymało powiedzenie znane z wczesnego dzieciństwa i domu prababci, które dzięki poecie po tylu latach ponownie zadźwięczało swoim tajemniczym, niemal zaklęciowym brzmieniem — naser mater. • „Hinduscy mędrcy” - piękna pochwała życia i tego, co się ma. • „Hulanki & Swawole” - „Ile kosztuje was poezja, jakie ponosisz koszty własne?” • „Projekt” - o tym, jak „ósmego dnia człowiek nareszcie tworzy Boga, swoją przyczynę, tym razem naprawdę z niczego” • „Dam żagiel” • „Nie zakochuj się w tym, co jest poddane • Przemijaniu, ponieważ będziesz cierpiał, • Kiedy to stracisz, a stracisz na pewno” • „Za mało” • „...literatura jest dlatego, • Że świat to za mało”