Strona domowa użytkownika

Zawiera informacje, galerię zdjęć, blog oraz wejście do zbiorów.
[awatar]
fiolka

Do czytania wybieram najczęściej literaturę sprzed XXI wieku, nie stronię od liryki i dramatu, czasami sięgam po reportaż, a najrzadziej decyduję się na literaturę popu­larn­onau­kową­. Bardzo lubię czytać biografie, wspomnienia, listy i dzienniki.
Poniższe wyrywki z czytanych przeze mnie tekstów mocno ze mną współgrają, więc są przedłużeniem tych kilku słów o sobie :)😊

„Ciekawe jest widzieć, że niemal wszyscy ludzie wielkiej wartości zachowują się z prostotą i że niemal zawsze owa ich prostota jest brana za świadectwo tego, że są niewiele warci”.
Myśli, Giacomo Leopardi

„Intensywność marzeń, ważniejsza jest od ziszczeń”.
Wysoki Zamek, Stanisław Lem

Najnowsze recenzje
1 2 3 4 5
...
28
  • [awatar]
    fiolka
    Podczas spotkań z utworami Jane Austen doświadczam emocjonalnych wzlotów i upadków. Spośród czterech przeczytanych przeze mnie powieści „Emma” oraz „Duma i uprzedzenie” bardzo mi się podobały, natomiast „Perswazje” i „Rozważna i romantyczna” już zdecydowanie mniej. • Pomijam w ocenie wątek romansowy. Mam bowiem poczucie, że w każdej z tych książek jest on przedstawiony dość schematycznie. Zdecydowanie bardziej interesuje mnie opis obyczajowości angielskiej prowincji oraz prezentacja ludzkiej natury - a ta, nakreślona piórem dziewiętnastowiecznej autorki, jest wyborna. Austen nie brakuje zmysłu obserwacji ani ironii, która pierwszorzędnie obnaża konwenanse i głupotę. I dlatego nie przeszkadza mi to, że finał bywa wiadomy, ponieważ w drodze do niego dostajemy to, co najlepsze – ludzkie charaktery. • W przypadku „Rozważnej i romantycznej” znużyła mnie rozległość fabuły. Być może niewielki odstęp od czytanej wcześniej „Dumy…” sprawił, że zmęczył mnie styl i perypetie prowadzące do łatwego do przewidzenia zakończenia. • Tradycyjnie nie zawiódł opis bohaterów – charakterystycznych, niejednoznacznych, a przez to prawdziwych. Szczególnie kobiece postaci zasługują na wyróżnienie: irytująca, lecz poczciwa pani Jennings czy wredna Lucy Steele. Z mężczyzn najbardziej działał mi na nerwy brat panien Dashwood, John, a intrygował pan Palmer. • Nigdy nie oglądałam filmowych adaptacji powieści Austen i nawet po lekturze wcale nie mam na to ochoty, bo sugestywność opisów w pełni mi wystarcza. • Przekonałam się jednak, że powieści Jane Austen potrzebują przestrzeni — czytane jedna po drugiej tracą część swojego uroku.
  • [awatar]
    fiolka
    Od dawna chodził za mną „Grydz” • Mieczysław Grydzewski wraz z jego przedwojennymi „Wiadomościami Literackimi” i Skamandrem wrył mi się w pamięć jeszcze w latach studenckich. Funkcjonował wówczas jedynie w formie bezosobowej noty bibliograficznej na zasadzie - hasło: Mieczysław Grydzewski, odzew: „Wiadomości Literackie”. Często jednak jego biogram przewijał się w trakcie poznawania lektur, szczególnie tych powiązanych z międzywojniem, dlatego nie było mi dane o nim zapomnieć. • Kiedy reaktywował - najpierw w Paryżu, potem w Londynie, „Wiadomości…” stał się wspólnym mianownikiem dla emigracyjnych literatów, z którymi systematycznie korespondował, a echo tej wymiany listów dotarło do mnie podczas czytania „Listów 1941-1956” wymienianych między Wierzyńskim, a Lechoniem. Wtedy po raz pierwszy poważnie pomyślałam o Grydzewskim – nie jako o nazwisku, lecz jako o twórcy - kimś, kto zza redakcyjnego biurka próbował utrzymać przy życiu rozproszony świat polskiej literatury. • W końcu to on powołał do życia niezapomniane literackie środowisko międzywojennej Polski – „przemienił grupę znajomych w przyjaciół, a przyjaciół w kartel poezji” jak pisał Hemar. Tuwim, Lechoń, Słonimski, Wierzyński, Iwaszkiewicz - ich nazwiska przetrwały w zbiorowej pamięci, a pamięć o skamandryckim impresariu, jak nazwał go Gombrowicz, niestety nie. • Poznawanie Grydza rozpoczęłam od tego krótkiego zbioru, mieszczącego zaledwie trzynaście wiadomości, na który składają się: obszerny list do Jana Lechonia oraz sześć listów i sześć depesz wysłanych do Juliana Tuwima. Opracowanie nie zawiera odpowiedzi poetów, ale jest bogate w przypisy, które ułatwiają meandrowanie wśród nazwisk i wydarzeń z tamtego okresu. • Korespondencja toczyła się w latach 1940 – 1943 i dzisiejszemu czytelnikowi przybliża zawiązki wojennej, inteligencko-dyplomatycznej emigracji londyńskiej - szczególnie gorzki, powszedni chleb uchodźczego środowiska - zgrzyty, starcia, podziały, stronnictwa oraz mniejsze lub większe animozje. • Niebywale zajmującą część listów i depesz do Tuwima stanowi opis emocji wywołanych „Kwiatami polskimi”, które poeta nadsyła partiami z Brazylii do Londynu. Ukazują się one na łamach emigracyjnych „Wiadomości Polskich, Politycznych i Literackich” - spadkobierców przedwojennych „Wiadomości Literackich” Grydzewskiego. Jednak do czasu. Cenzurowanie zbyt dosadnych fragmentów sprawia, że Tuwim odbiera tygodnikowi prawo do dalszego druku. • Zbiór tych listów rozbudził tylko moją ciekawość — tym tytanem pracy zza afisza, który zdecydowanie przedkładał zacisze czytelni British Museum nad salony emigracyjnych dyplomatów i inteligentów. • Przede mną jeszcze obszerny zbiór korespondencji wymienianej z Wierzyńskimi oraz tej toczonej z Iwaszkiewiczem. Na koniec zaś zostawiam sobie pokaźny zbiór felietonów „Silva Rerum”, tych które powstawały w zaciszu londyńskiej czytelni.
  • [awatar]
    fiolka
    Niektóre teksty Tyrmanda czytam lub słucham z przyjemnością, do niektórych zaś nie pomaga ani drugie, a nawet trzecie podejście. Ten zbiór kwalifikuje się do pierwszej kategorii. • Mam świadomość, że nie jest to literatura wysoka ani wytrawna psychologicznie. Niektóre chwyty bywają tanie i łatwe. Ale solidarnie trzymam z Marią Dąbrowską — tak jak ona od „Złego”, ja nie mogłam oderwać się od słuchania tych opowiadań. Tyrmand wabi lekkością pióra, żywotnością i dynamizmem języka, celnością porównań, prowokuje dezynwolturą i zarazem ujmuje afirmacją życia. • Miałam wrażenie, że bohater wojennych, morsko-marynarskich opowiadań („Błyskawicę słychać w Oslofiordzie”, „Kajaluk”, Niedziela w Stavanger”, Tubingen ma białe kominy”) jest niczym Odyseusz. Niby wolność w Szwecji jest na wyciągnięcie ręki, ale spiętrzenie przeciwności losu nie pozwala ostatecznie do tego szwedzkiego brzegu dobić. I czytelnik tuła się wraz z bohaterem po norweskiej ziemi, niesiony z miejsca na miejsce. • Sportowe opowiadania („Opowieść o tragicznym tenisiście”, „Hanka”, „Zwyciężać, znaczy myśleć”) podobały mi się najbardziej, szczególnie „Hanka”. Jakże ja za tę dziewczynę trzymałam kciuki, jak zagryzałam wargi, by dobrze wybrała i szczęśliwie… skończyła. Opowiadanie bokserskie miało w sobie zapowiedź czającego się za rogiem Złego, z klimatem półświatka, chuliganów i łobuzów warszawskich. Historia o tenisiście niezła, ale trochę zanadto rezonowała z paranaturalnym klimatem opowiadań Grabińskiego, co u Grabińskiego mi odpowiadało, a u Tyrmanda raziło. • Losy „Jonathana Millera”, dla mnie jedno z ciekawszych, chociaż trochę nierównych, opowiadań z tego zbioru, swoją formą historii w historii przypomniały mi „24 godziny z życia kobiety” Zweiga. Bohater „Hotelu Ansgar” zaś jawi się jako połączenie Jamesa Bonda z Konradem Wallenrodem. I nie zapomnę również anegdotycznego opowiadania zatytułowanego „Rower”. • Jest też sporo o naturze Polaków. O naszych narodowych cechach, po których tak łatwo można rozpoznać rodaków na morzach, oceanach i obcych lądach. • Bliskie są mi niektóre spostrzeżenia Tyrmanda.
  • [awatar]
    fiolka
    Stachura wieczny tułacz. • Stale go gdzieś gnało i nosiło, i wodziło na pokuszenie. A w tych jego: szedłem, widziałem, patrzyłem, jest i zachłyśnięcie się, i zdumienie, i zachwyt. I prawdziwe bycie między niebem a ziemią. Przyciąga jak magnes. • Kiedy po raz pierwszy, jeszcze w podstawówce, przeczytałam „Jasny pobyt nadrzeczny”, zafascynowała mnie wolność i swoboda głównego bohatera, taka na wyciągnięcie ręki. Jak niewiele trzeba mu było. To jego łażenie, jazda pociągami na gapę, strategie przetrwania, cała jego ówczesna filozofia, wówczas były mi bardzo bliskie. Już wtedy Stachura stał się moim ulubieńcem z podręcznika do polskiego. • Te debiutanckie opowiadania czytałam w wieku piętnastu lat i wtedy byłam pod ich wielkim urokiem. • I… szkoda, że na tamtym czytaniu nie poprzestałam. • Tymczasem skusiła mnie ta pomarańczowa okładka i wysłuchałam ośmiu opowieści, a czar wrażeń z młodości prysł. Jakże sytuacja życiowa, dojrzałość, ustatkowanie się (strasznie to brzmi, a jednak) zmieniają perspektywę. Został sentyment, ale… wcale już te teksty nie są mi bliskie tak, jak były wtedy. • Ta wczesna stylistyka prozy Stachury nieprzemożnie narzuciła mi skojarzenie ze stylistyką malunków Nikifora. I już raczej ta asocjacja się ode mnie nie odczepi. • À propos skojarzeń, tytuł opowiadania Stachury, „Jasny pobyt nadrzeczny”, szalenie pasuje do literackiej estetyki Kornela Filipowicza!
  • [awatar]
    fiolka
    Najbardziej podobało mi się słowo „Od autora”, ale szkoda, że było na końcu, a nie na początku opowieści. Świetnym pomysłem było również wydrukowanie na wklejce książki, zdjęć z podróży oraz dołączona mapa Afryki z zaznaczonym szlakiem trasy Kazimierza Nowaka. Podobał mi się również ponadprzeciętny optymizm wędrownika, który radośnie i bardzo pozytywnie podchodził do wszelkich przeszkód i niewygód. Kazik jest żywym przykładem zasady, że jeżeli czegoś chcesz, to dasz radę. • W małej główce mojej córki na pewno została świadomość, że ta historia działa się bez mała sto lat temu i polski podróżnik naprawdę przejechał tę trasę głównie rowerem. Na pewnych odcinkach zdarzyło mu się pokonywać ją również konno, czółnem, a przez Saharę na wielbłądzie. • Mojej dziewięciolatce najbardziej podobał się rozdział o nocnych odwiedzinach skoczka pustynnego, o wizycie Kazika u króla Rwandy i o gepardziątku z kolcem w łapie. Mnie, o samotnych świętach Bożego Narodzenia na pustyni Kalahari. • Najmniej podobało mi się to, że Kazik, za każdym razem, gdy kogoś spotykał na swojej drodze i wdawał się z nim w pogawędkę, rozmawiał bez problemu w naszym ojczystym języku. Nieważne jaki reprezentant afrykańskiego plemienia miał do czynienia z Kazikiem – język polski nie był mu obcy. • Moja córka oceniła podróż Kazika na siedem i tyle wystawiam i ja, chociaż z utęsknieniem wypatrywałam ostatniego, czterdziestego rozdziału. I cieszę się, że oryginał, czyli „Listy z podróży afrykańskiej…” przeczytam dopiero teraz, bo w innym razie infantylizm przygód Kazimierza Nowaka w wydaniu Łukasza Wierzbickiego bardzo by mnie drażnił. • Tak czy inaczej polecam czytać. Nawet kilkulatkom. To książka zdecydowanie dla dzieci i im wcale nie przeszkadza to, co mnie irytuje. A przez lata zapomniana postać Kazimierza Nowaka warta jest przypomnienia i tym samym upamiętnienia.
Ostatnio ocenione
1
...
14 15 16
...
31
  • Pożegnanie z bronią
    Hemingway, Ernest
  • Komu bije dzwon
    Hemingway, Ernest
  • Otchłań zapomnienia
    Roca, Paco
  • W hołdzie Katalonii
    Orwell, George
  • W odmęcie uczuć
    Zweig, Stefan
  • Agonia serca
    Zweig, Stefan
Nikt jeszcze nie obserwuje bloga tego czytelnika.

Projekt współfinansowany ze środków Unii Europejskiej w ramach Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego
Dotacje na innowacje - Inwestujemy w Waszą przyszłość
foo