Strona domowa użytkownika

Zawiera informacje, galerię zdjęć, blog oraz wejście do zbiorów.
[awatar]
Yuuhi
Najnowsze recenzje
1 2 3 4 5
  • [awatar]
    Yuuhi
    „Larista” to jedna z tych książek, która wciąga od pierwszych stron i od razu daje do zrozumienia, że czas jej poświęcony nie będzie należał do straconych. Przeczytanie jej zajęło mi ok. pięciu godzin, bo oderwanie się od historii, która ma niesamowity klimat i która powoli buduje napięcie, stopniowo udzielając odpowiedzi, na rodzące się pytania, jest niemożliwe. • Zacznę od tego, że Melissa Darwood, jest kolejną autorką, która pokazała mi, że Polak naprawdę potrafi. Pseudonim był mylący, opis nic nie mówił, dlatego dość szybko poczułam się zaintrygowana, kiedy styl autorki, nie pasował mi do tych zagranicznych autorów, po których książki sięgam najczęściej, a imiona pobocznych bohaterów, były tym głównym punktem, dającym do zrozumienia, że moje przekonanie było błędne, a tytuł ten wyszedł spod pióra polskiej autorki. Co ważne, jest ona drugą polską autorką, która zachęciła mnie po całości do tego, by jednak po to, co „nasze” sięgać częściej. • Umiejscowienie historii z gatunku fantasy, w polskim klimacie było strzałem w dziesiątkę i traktuję to osobiście jako spory powiew świeżości w mojej książkowej codzienności, gdzie fantasy kojarzyło się dotąd jedynie z miejscami znajdującymi się w innych rejonach świata, albo tymi, które wymyślają sami autorzy. Polskie liceum, polska przyroda, miejscowości. W tym gatunku, w ogóle nie raziło to po oczach. Wręcz przeciwnie zachęcało do tego, by czytać dalej. Mogłoby się wydawać, że wielokrotnie poruszana w książkach, filmach i serialach, walka dobra i zła to oklepany temat, z którego nie da się więcej wycisnąć i tu pojawia się kolejny plus dla tego tytułu, ponieważ Melissa Darwood swoim pomysłem, tej odwiecznej dobrze nam znanej walce, nadała niesamowitej oryginalności. Kolejnym plusem jest to, że tak naprawdę ciężko jest się domyślić, kim tak naprawdę są Guardianie i Tentatorzy, a fabuła toczy się w taki sposób, że przez bardzo długi czas, czytelnik może snuć różnego rodzaju domysły, by ostatecznie, gdy otrzyma odpowiedź na to pytanie, poczuć niemałe zaskoczenie, bo... Tego jeszcze nie było, a pomysł jest rewelacyjny i trzepnijcie mnie, jeśli jestem w błędzie. Co się tyczy samych bohaterów, ci są bardzo dobrze przedstawieni i choćbym chciała, nie mogę się doczepić, bo autorka zrobiła kawał dobrej roboty i dała nam postaci charyzmatyczne, posiadające indywidualne charaktery i wzbudzające sympatię. Larysa początkowo wydawała mi się nieco irytująca, kiedy sprawiała wrażenie dziewczyny, która nie wyobrażała sobie, że mogłaby być szczęśliwa, jeśli nie znajdzie swojej prawdziwej miłości, ale dość szybko to wrażenie odeszło w niepamięć i bardzo polubiłam główną bohaterkę. Gabriel za to jest niesamowity, intrygujący od samego początku i cieszę się, że miałam okazję poznać taką postać, która ma w sobie to coś, co sprawia, że chce się o nim dowiedzieć jak najwięcej. • Podsumowując, „Larista” to jedna z lepszych książek, jakie przeczytałam w tym roku. Polecam ją każdemu, bo jest warta tego, by poświęcić jej tych kilka godzin, jakie do straconych z pewnością nie będą należeć i jak już wspomniałam, osobiście nie mogę się doczekać dnia, w którym trafi do mnie druga część z tej serii, bo chcę poznać dalsze losy bohaterów, którzy pojawili się w tym tytule, ale co ważne, liczę na to, że historia oraz pochodzenie Guardianów i Tentatorów będzie w dalszym ciągu przedstawiane w taki sposób, w jaki przedstawia je „Larista”, którego czytało się przyjemnie i szybko.
  • [awatar]
    Yuuhi
    Przez długi czas zapoznajemy się z latami młodości głównego bohatera. Przeżywamy z nim lata, w których dorastał. Czytamy o pierwszych narkotykach, z jakimi miał styczność, jego pierwszej miłości, jak i wyjeździe na studia, oraz dołączeniu do pierwszej kapeli muzycznej. Przede wszystkim jednak każdy z poszczególnych etapów Jamiego, przedstawia nam to, w jaki sposób kształtowała się jego osobowość, która sprawia, że jest bardzo ciekawą postacią, na której temat chce się wiedzieć jeszcze więcej. Postać pastora Charlesa Jacobsa jest równie ciekawa. Jego zainteresowanie elektrycznością i poczynania z nią związane, są naprawdę ciekawym wątkiem, który czyta się z olbrzymim zainteresowaniem, mając z tyłu głowy myśl, że coś jest nie w porządku, a postać ta, jak na kogoś powiązanego z kościołem, jest naprawdę intrygująca, a zarazem niepokojąca. • W książce tej nie brak więc przedstawienia głównego bohatera z perspektywy jego dzieciństwa, co dla każdego fana Kinga, jest z pewnością charakterystyczne. Tak naprawdę „Przebudzenie” samo w sobie, przez bardzo długi czas, nie przypomina horroru. Bliżej mu do powieści obyczajowej, w której zapoznajemy się z bohaterami, oczekując niecierpliwie tego zaskakującego mrocznego momentu, który tak naprawdę w przypadku tego tytułu, jest odkładany do niemalże samego końca. Budowanie napięcia, przez świadomość, że ma się do czynienia z książką Mistrza Grozy, sprawia, że tytuł bardzo wciąga, a ilość pojawiających się w głowie pytań i przypuszczeń dotyczących zakończenia tej książki, rośnie nieustannie. • Jeśli chodzi o wady, a właściwie jedną wadę, to wydaje mi się, że jednak treści dotyczące tajemniczego paktu, mogłyby się pojawić trochę wcześniej, by podbudować napięcie. Był moment, że kolejne strony zaczynały mi się dłużyć, przez przedstawienie kolejnych dekad życia Jamiego. Nie mniej, wychodzę z założenia, że cierpliwość popłaciła, bo kiedy już dostajemy wszelkie wyjaśnienia, to otrzymujemy mroczną, wręcz naelektryzowaną powieść, której przeczytanie nie było straconym czasem w żadnej minucie, a „Przebudzenie”to książka z rewelacyjnym, mrocznym finałem, do której niejednokrotnie jeszcze wrócę, podobnie jak i do innych tytułów Kinga, które zapadły mi w pamięć.
  • [awatar]
    Yuuhi
    Do przeczytania tego tytułu zabierałam się od dłuższego czasu, ale kiedy zaczęłam czytać, to od pierwszych stron wiedziałam, że będę miała styczność z historią niebanalną, umiejącą pobudzić wyobraźnię i taką, którą będzie się czytać przyjemnie, dzięki doskonałemu warsztatowi pisarskiemu Becketta. „Chemia śmierci” to książka, za której pośrednictwem autor dostarcza czytelnikowi solidnej dawki mocnych wrażeń. Znajduje się w niej trochę opisów, za którymi osobiście nie przepadam, aczkolwiek są one napisane w taki sposób, który porusza wyobraźnię i sprawia, że umysł funkcjonuje na najwyższych obrotach. • Fabuła jest przemyślana, dopięta na ostatni guzik i nie pozostawia żadnych pytań, dotyczących poszczególnych wątków, a tych jest naprawdę sporo, a co jeden to bardziej interesujący. Postaci doskonale przedstawione. Sam fakt, że książka jest napisana z perspektywy doktora Huntera, pozwala poznać go pod wieloma aspektami, a zauważyć muszę, że jest to świetna postać, której nie sposób nie polubić. Nie inaczej ma się sprawa z pobocznymi postaciami, jak chociażby drugą z kobiet, która została porwana. Nie jest ona jakąś przypadkową kobietą, o której nic nie wiemy i o której nigdy się niczego nie dowiemy. Wręcz przeciwnie, mamy szanse na to, by poznać, choć część jej historii i dowiedzieć się, z jakimi problemami zmagała się przed tym, jak na jej drodze stanął seryjny morderca. • „Chemia śmierci” moim zdaniem jest tytułem obowiązkowym dla tych osób, które lubią thrillery, w jakich zwrotów akcji nie brakuje i w której do ostatniej strony niczego nie można wziąć za pewnik. Jest ona również świetnym tytułem dla kogoś, kto chce dopiero rozpocząć swoją przygodę czytelniczą, z tym konkretnym gatunkiem, bo jestem w stu procentach pewna, że nie okaże się rozczarowaniem na start i nie zrazi nikogo do sięgania po inne książki tego gatunku. Podsumowując, polecam tytuł, który wciągnął mnie na długie godziny, w jakich trakcie nie nudziłam się w ogóle i ani razu nie złapałam się na chęci przeskoczenia kilku opisowych stron, które w przypadku tego tytułu są czymś istotnym, nadającym klimatu, jakiego niektórym thrillerom zdecydowanie brakuje. Simon Beckett z pewnością zagości na mojej półce z pozostałymi książkami z serii o doktorze Hunterze, a w przyszłości, nie odmówię sobie zapoznania się z innymi seriami, bo w przypadku tego autora, wiem już, że poszerzenie biblioteczki o nowe książki, będzie dobrą inwestycją.
  • [awatar]
    Yuuhi
    Ciężko jest nazwać tę książkę horrorem. W samej „Bonnie Winter” nie ma zbyt wiele grozy, która sprawiłaby, że włosy na karku stają dęba, niemniej powieść ta ma swój niepowtarzalny klimat, który zawdzięcza przede wszystkim dość szczegółowym opisom miejsc zbrodni, oraz tego, w jaki sposób i przy pomocy jakich rzeczy, główna bohaterka radziła sobie z ich uprzątnięciem. Nie brak w tej historii wzmianek o odorze starej zaschniętej krwi, resztek mózgu rozpryśniętych po ścianach, czy robactwa, które zdaje się wszechobecne. Nie znaczy to jednak, że autor skupił się tylko i wyłącznie na przedstawieniu tego, z czym spotykają się czyściciele. Wręcz przeciwnie, w powieści nie zabrakło momentów, które nie są w żaden sposób związane z pracą głównej bohaterki. • Wraz z kolejnymi rozdziałami, mamy okazję zapoznać się z jej życiem prywatnym, poznać męża, który nie jest ideałem, a nawet nastoletniego syna, który wcale nie ułatwia Bonnie życia i pomiędzy kolejnymi stronami, pakuje się w niemałe kłopoty, przyprawiając matkę o siwe włosy. W całość autor wplótł również dość ciekawy wątek, kręcący się wokół Meksykańskich legend, który w mojej opinii został wyraźnie opisany, dzięki czemu jest w pełni zrozumiały i nie pozostawia żadnych pytań w głowie czytelnika, na które nie byłoby odpowiedzi. • Jak już wspomniałam, „Trauma” składa się z wyżej opisanej powieści, jak i dwóch krótkich opowiadań, których nie będę w żaden sposób streszczać. Mogę jednak powiedzieć, że oba bardzo mi się spodobały. „Bazgroły” to opowiadanie, które wywołało ten dreszczyk, jakiego brakowało w trakcie czytania głównej historii. Miało w sobie to coś, dzięki czemu ma się to poczucie, że jednak w książce jest coś z horroru, który ma na celu wzbudzić w nas niepokój. Jeśli chodzi o „Szamański kompas”, to tutaj pierwsze strony nieco mi się dłużyły i nie byłam pewna tego, jak potoczą się losy głównego bohatera, ale już w połowie, wiedziałam, że i to opowiadanie, zapadnie mi w pamięć na dłużej. Podsumowując, polecam książkę z czystym sumieniem szczególnie tym osobom, które gustują w powieściach grozy, a które mają ochotę przeczytać coś krótkiego w trakcie nadchodzących jesiennych wieczorów, bo jest to pozycja cienka, mająca zaledwie 270 stron, ale umiejąca w pełni wciągnąć czytelnika.
  • [awatar]
    Yuuhi
    Krótki opis zamieszczony na okładce książki był na tyle zachęcający, że „Siostry” trafiły w moje ręce. Nie sądziłam wówczas, że będę tak bardzo rozczarowana tym tytułem, który kojarzy mi się z mozolnie rozwijającą się fabułą, która jest przytłumiona niezliczoną ilością opisów dotyczących ubrań, pomieszczeń i przeróżnych przedmiotów. Autorka nie zapomniała również opisać drewna, z którego była zrobiona podłoga, czy podkreślić kilkukrotnie tego, jakiego koloru były poszczególne pomieszczenia w domu, w którym zamieszkała Abi. • A skoro już o kolorach mowa, to ci, którzy śledzą moje instagramowe konto, wiedzą jak bardzo przytłoczyła mnie ich kwestia poruszana w książce. Naprawdę, chyba nie miałam wcześniej styczności z książką, którą miałabym ochotę rzucić w kąt na drugim końcu pokoju, pozostawiając ją tam na wieczność, żeby przysłoniła ją jak najgrubsza warstwa kurzu. Kolory w tej książce są wszędzie. Prawie cały czas, odnosiłam wrażenie, że mam styczność z jakąś specyficzną encyklopedią kolorów albo że autorka ma dziwne poczucie obowiązku względem tego, by w najmniejszych szczegółach opisać poszczególne przedmioty, ubrania, meble, ściany, a nawet żar papierosa spadającego na trawę. Tak, gdybyście nie wiedzieli, to żar papierosa jest pomarańczowy ;) • Mogłabym wymieniać w nieskończoność, ale z tych opisów, które najbardziej zapadły mi w pamięć, to skóra w kolorze ciasta, jedne ściany w limonkowym kolorze, inne w lawendowym, czy pomarańczowe światło oświetlające drobny deszcz... Najlepszy z momentów, w którym na siłę została upchnięta wzmianka o kolorze, jest poniższy cytat. • „To samo zdjęcie widnieje na wycinku z gazety, ale w przeciwieństwie do gazetowego to jest kolorowe.” • Naprawdę? Czy zamieszczenie tego jednego zdania wraz ze wzmianką o kolorze było konieczne? Nie sądzę, ale nie mnie wnikać w to, jaką wizję miała autorka, tworząc tę historię, która tak naprawdę zaczęła się rozkręcać gdzieś w połowie, ale w moim odczuciu i tak pozostawiła wiele do życzenia. Może wynika to z wynudzenia, w które wprowadziły mnie „Siostry” od prawie samego początku? Ponadto muszę przyznać, że mnogość postaci, porównania jednych do drugich, problemy zdrowotne Abi i wiele innych wątków, wydaje się wprowadzać jeden wielki chaos, w którym traci się orientację na to, o czym w ogóle jest ta historia, bo w jednym momencie myślałam, że coś jest rzeczywistością, w kolejnym, że niekoniecznie. Krótko mówiąc, zgłupiałam i dopiero ostatnie strony jako tako dały mi pełny obraz tego, o co w ogóle chodziło, ale to również było bez fajerwerków. • Podsumowując, liczyłam na coś super. Na kilka godzin z tytułem, który mógłby mnie wciągnąć do reszty i dla którego byłabym gotowa odłożyć wszystko na bok, by zapoznać się z historią Abi, ale otrzymałam kiepską książkę, której czas poświęcony, uważam za zmarnowany i z utęsknieniem wypatruję tytułów na mojej półce, które czekają na swoją kolej i które wierzę, że okażą się o wiele lepsze od tego, co wyszło spod pióra Claire Douglas, od której książek, na ten moment nie chcę gościć na swojej półce. Żeby jednak nie ograniczać się do samych negatywów, w związku z tym tytułem, udało mi się doszukać zaledwie dwóch pozytywnych rzeczy. Mimo tego, że styl autorki w ogóle mi nie podszedł, to muszę przyznać, że świetnie przedstawiła odczucia Abi, które wiązały się ze śmiercią jej bliźniaczki. Drugim pozytywnym aspektem, jest okładka, która jest naprawdę ładna i ładnie prezentuje się na półce, ale niestety... Na tym moje pochwały się kończą.
Planowane i pożądane pozycje
Brak pozycji
Nikt jeszcze nie obserwuje bloga tego czytelnika.

Projekt współfinansowany ze środków Unii Europejskiej w ramach Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego
Dotacje na innowacje - Inwestujemy w Waszą przyszłość
foo