Zawiera informacje, galerię zdjęć, blog oraz wejście do zbiorów.
Do czytania wybieram najczęściej literaturę sprzed XXI wieku, nie stronię od liryki i dramatu, czasami sięgam po reportaż, a najrzadziej decyduję się na literaturę popularnonaukową. Bardzo lubię czytać biografie, wspomnienia, listy i dzienniki.
Poniższe wyrywki z czytanych przeze mnie tekstów mocno ze mną współgrają, więc są przedłużeniem tych kilku słów o sobie :)😊
„Ciekawe jest widzieć, że niemal wszyscy ludzie wielkiej wartości zachowują się z prostotą i że niemal zawsze owa ich prostota jest brana za świadectwo tego, że są niewiele warci”.
Myśli, Giacomo Leopardi
„Intensywność marzeń, ważniejsza jest od ziszczeń”.
Wysoki Zamek, Stanisław Lem
-
Po przeczytaniu ostatnich zdań książki Cabrégo poczułam smutek. I był to ten jego rodzaj, który towarzyszy nam, gdy przegrywamy tylko dlatego, że walczyliśmy fair. • Jest to opowieść w dużej mierze o samotności i niezrozumieniu. Nieumiejętności dopasowania się do grupy, w tym wypadku określonej grupy, którą stanowi wspólnota religijna. I jest to też książka o muzyce, której tylko pozornie nie słychać. • Najgorsze dla mnie było to, że życie tych niefajnych postaci potoczyło się dalej, jak gdyby nigdy nic. Możliwe, że wielebna matka Dorotea czuła niesmak, gdy sięgała pamięcią w przeszłość, ale monsinior Maurycy, który dopiął swego, raczej miał wszystko gdzieś. • A co z bratem Junoyem? • A co z siostrą Klarą? • Bardzo mi się ta opowieść podobała i to nie tylko poprzez charakterystyczną dla autora, nielinearną fabułę, ale przez specyficzną atmosferę i nastrój, w których to niedopowiedzenia mówią najwięcej. Mocno i wyraziście autor scharakteryzował i opisał bohaterów, uczynił ich ludźmi o różnych upodobaniach i namiętnościach. Kreacje tych skontrastowanych ze sobą postaci mogą wydawać się nieco przerysowane, ale dzięki temu bardziej uwypuklają konflikt interesów. Moją ulubioną bohaterką była siostra Margarida, paradoksalnie, jedyna rozsądna. Świetny jest również tytuł, który wspaniale współgra z tą historią. • Z kilku zabawnych i komicznych akcentów występujących w książce, szczególnie jeden mnie rozbawił. Mam na myśli list, a przede wszystkim jego formę, który napisał stryj Klary do wielebnej (wręcz świętej) matki przełożonej. Scenka rodem z kabaretu, szczególnie zwrot – „całuję rączki” :D • Gdyby zaś ktoś pytał, gdzie jest ta La Ràpita ze swoim warownym klasztorem, za najbardziej wiarygodną wskazówkę posłużyć może fraza – tam, gdzie diabeł mówi dobranoc. • Lektura „Agonii dźwięków” przypomniała mi o „Matce Joannie od Aniołów” Iwaszkiewicza, którą warto może, właśnie teraz, sobie przypomnieć?
-
Cóż to był za powrót! Na pewno wart poświęcenia czterech tygodni i ponad pięćdziesięciu godzin słuchania. A interpretacja Marka Walczaka - najwyższej próby. • Ile myśli, spostrzeżeń, emocji i wzruszeń, zżymań też. • Piękno i wielkość tej literatury tkwią w szczegółach, w dbałości o detale i w budowaniu scenerii. • Czegóż w tym arcydziele nie ma! Toż to synkretyzm w swojej klasycznej postaci. Jest wielka historia i jej wielcy bohaterowie, poruszone są problemy społeczne, ideowo-filozoficzne i obyczajowe, i wtedy na tym wielobarwnym tle jawi się cała paleta różnobarwnych postaci, ich charakterów, postaw i poczynań. Rozdział o kanalizacji Paryża brzmiał jak reportaż, a znowu rozprawa o wprowadzeniu żargonu do literatury, jak językoznawczy referat. Szczegółowa historia i dzieje klasztoru Petit Picpus wspaniale nałożyły się na opowieść o klasztorze w La Ràpita z „Agonii dźwięków”, czytanej przeze mnie, przez przypadek, równolegle. • We wczesnej młodości te filozoficzne i społeczno-historyczne wtręty czytałam jak za karę, bo ciekawiły mnie przede wszystkim losy głównych bohaterów, teraz jednak doceniłam właśnie te odautorskie rozważania. • Moją ulubioną postacią zdecydowanie jest Gavroche. Mimo że jego dobroć i szczerość intencji, dodatkowo skontrastowane z zachowaniem ojca i matki, są mocno wyidealizowane, to jednocześnie są bardzo budujące i wzruszające. • Uwielbiam właścicielkę szynku „Korynt” – kobietę z brodą i jej pomocnice, które niestety, mimo że brzydkie, nie mogły brzydotą przewyższyć chlebodawczyni. • Naprawdę warto było, po tych ponad dwudziestu latach, wrócić do „Nędzników”. • Partykuła „bądź co bądź” jeszcze długo będzie przywodzić mi na myśl to dzieło Hugo. Tłumaczka była chyba jej fanką. • I jeszcze na koniec konkluzja: czy Paryż, czy Warszawa, czy XIX, czy XX wiek, nastroje powstańców zawsze te same.
-
Spotkanie ze słowem i myślą poetki okazało się niezwykle kameralne. Sprzężone z kończącym się rokiem przyniosło sporo refleksji. • Na koniec tego skromnego tomiku autorka o swoich wierszach napisała tak: • „To tom o miłości i śmierci. • O starości. • O potrzebie rozmowy z samą sobą (od ja do ja), ale też z imaginacyjnym kochankiem. Z kimś, kogo nie znam, ale próbuję do niego trafić, wierszem w butelce. Jest tu mowa o dzieleniu się słowem i o zmaganiu się z wierszem”. • Tym samym pani Urszula pozbawiła mnie słów, którymi i ja chciałam wyrazić mniej więcej to samo. • Bardzo podobały mi się „Lingwa” i „Tempus fugit”, „Z kolędą” i „Piosenka o bezdomnych”. Mocno zaintrygowały „Moje gady”, a serce skradł wierszyk - • Dla nieznajomej • Słońce będzie • o ile będzie • i nieuchronny wiatr • od morza • podpowiedział mi • ten wierszyk • nieznajomy • ktoś • czy lubił jak ja • żyć incognito • ciekawe czy wiedział • że właśnie • pisze mu się wiersz • dla nieznajomej
-
W czasach dziecięcych miałam dwie próby podejścia do „Przygód Tomka Sawyera”, obydwie nieudane i zakończone w okolicach malowanego przez Tomka płotu, a tak naprawdę malowanego wcale nie przez niego. Drażnił mnie Tomek niemożebnie. • No i jak w takim przypadku sięgnąć po kontynuację, czyli „Przygody Hucka”? Nijak. • A jednak sięgnęłam, ale dlatego, że właśnie ta książka Marka Twaina znalazła się na liście norweskiej i wcześniej czy później, stanęłaby na mojej drodze w realizacji celu, którym jest przeczytanie książek z tego norweskiego zestawienia. W dodatku kończył się rok, a ja nie miałam ochoty zabierać się za nic, co wymagałoby nadmiernej koncentracji, więc stało się, zaczęłam słuchać „Przygód…”. • I dobrze się stało. • Hucka, ciekawego świata, dobrodusznego lekkoducha o wrażliwym na krzywdę innych sercu polubiłam od razu. Mimo trudnych doświadczeń i twardych reguł życia, mimo nieciekawego i zdeprawowanego towarzystwa Huck nie schodzi na złą drogę. Jest wierny swemu wrodzonemu poczuciu sprawiedliwości. • A że „Przygody…” to przecież powieść drogi, a nawet rzeki, to wraz z Huckleberrym i Jimem płyniemy w dół Mississipi, a po przybiciu, od czasu do czasu, do jej brzegów, odwiedzamy małe miasteczka i osady, a w nich poznajemy całą gamę ludzkich natur i osobowości oraz XIX-wieczną codzienność mieszkańców stanu Missouri. • Nie można też nie wspomnieć o warstwie humorystycznej, komizmie i aluzyjnej ironii, których zadaniem jest równoważyć, występujące w powieści zło i głupotę. • No i jest obraz niewolnictwa jeszcze w prawdziwym i nieocenzurowanym kształcie.
-
Tych nieco ponad czterdzieści opowiadań Rolanda Topora jest propozycją dla tych, którzy lubią absurd w formacie XXL — wymykający się spod kontroli, przekraczający granice dobrego smaku, a przy okazji bezceremonialnie naruszający obyczaje i normy społeczne. Humor miesza się tu z okrucieństwem, a obrazoburcze pomysły służą nie tylko zabawie, lecz także celnej wiwisekcji ludzkiej natury. Bo Topor, choć bawi się formą i przesadą, nie robi tego dla samego efektu skandalu. Jego groteska ma cel — ma nas zmusić do zmierzenia się z tym, co niewygodne. • Pod wierzchnią powierzchnią absurdu kryją się bolączki indywidualizmu, lęk przed samotnością, poczucie zagubienia i dramat braku zrozumienia. Topor patrzył inaczej niż większość z nas — dostrzegał to, na co my, uwięzieni w codziennych rytuałach, wolimy przymykać oko i co chętnie zamiatamy pod dywan. Celne spostrzeżenia autora w zakresie ludzkich ułomności i pozorów nie dziwią — z premedytacją je wydobywa i obnaża. • Wydawałoby się, że to teksty na wskroś awangardowe, wywrotowe, jednak mocno w nich czuć duchowe pokrewieństwo z Gogolem i Kafką. • Dla mnie te opowiadania były jak haust świeżego powietrza, filtrującego zwoje mózgowe z ich zasiedziałych i wygodnych „prawd”. • I jakże na koniec odpowiednio zabrzmi gogolowskie – „Z czego się śmiejecie? Z samych siebie się śmiejecie”. Bo i u Topora śmiejąc się, śmiejemy się właśnie z siebie.