Zawiera informacje, galerię zdjęć, blog oraz wejście do zbiorów.
Do czytania wybieram najczęściej literaturę sprzed XXI wieku, nie stronię od liryki i dramatu, czasami sięgam po reportaż, a najrzadziej decyduję się na literaturę popularnonaukową. Bardzo lubię czytać biografie, wspomnienia, listy i dzienniki.
Poniższe wyrywki z czytanych przeze mnie tekstów mocno ze mną współgrają, więc są przedłużeniem tych kilku słów o sobie :)😊
„Ciekawe jest widzieć, że niemal wszyscy ludzie wielkiej wartości zachowują się z prostotą i że niemal zawsze owa ich prostota jest brana za świadectwo tego, że są niewiele warci”.
Myśli, Giacomo Leopardi
„Intensywność marzeń, ważniejsza jest od ziszczeń”.
Wysoki Zamek, Stanisław Lem
-
Na półce od dawna czekał Ota Pavel... • Rozumiem nareszcie zachwyty nad jego sposobem pisania, który i mnie ujął empatycznym zaglądaniem w ludzkie natury. • Bohaterowie Pavla przypominają ewangelicznych prostaczków — ludzi o sercach czystych, pokornych i ufnych. Niezależnie od pozycji społecznej czy majątku pozostają po prostu dobrzy. Taki sposób kreowania postaci mógłby wydawać się naiwny, ale u Pavla niesie przede wszystkim ukojenie i spokój. Autor przypomina, że najważniejsze jest po prostu być porządnym człowiekiem. • Najbardziej poruszyły mnie „Kopnięcie za 3000 dolarów” i „Halo, taxi”. Z kolei opowiadania o kolarzach — zwłaszcza „Zegarek” i „Najpiękniejszy dzień Daniela Groussarda” — przypomniały, jak pięknie Pavel potrafił pisać o sporcie. Właściwie nie znalazłam tu tekstu, który by mnie rozczarował. • W opowiadaniu „Olimpiada”, którego akcję umieścił w przyszłości, Pavel wierzy, że olimpizm pozostanie wierny ideałom Coubertina: „W igrzyskach olimpijskich najważniejszy jest udział, nie zwycięstwo, ponieważ w życiu to nie wygrywanie jest najważniejsze, tylko walka”. • Trudno nie przypomnieć także słów Haliny Konopackiej: „wyniki sportowe nie miałyby treści, gdyby nie zamykały w sobie tego, co jest od nich ważniejsze – przeżycia sportowego”. • Niestety, przyszłość wyobrażona przez Pavla okazała się piękniejsza od tej, która nadeszła. • Na zakończenie dwa zdania Oty Pavla, które najlepiej oddają klimat tego zbioru: • „Ale człowiek czasami lubi się tak pomęczyć, ponieważ nawet ból bywa niekiedy piękny, wręcz intrygujący, i można o nim rozmawiać z kimkolwiek”. • „Byliśmy cudownie młodzi, a przed nami jak w jakiejś bajce otwierał się cały świat”.
-
„Mój departament to jest: księżyc” - tak napisał Gałczyński w „Czterdziestym szóstym Krakowie”, ale miłośnik utworów poety wie to nawet bez znajomości tego wiersza. Księżyc jest bowiem ulubionym lejtmotywem autora - wschodzi i przemyka przez tę lirykę niemal bezustannie. Ukoronowaniem tego księżycowego ja jest poświęcony mu utwór „Księżyc”, w którym poeta oprowadza nas po swoim resorcie. • Ten niewielki zbiór jest jedynie mrugnięciem oka w stronę „Zaczarowanej dorożki” — tytułu, który wyrósł na symbol jego poezji. • Nic więc dziwnego, że wybór otwierają Zaczarowana dorożka, dorożkarz i koń. Dalej otrzymujemy przekrój twórczości Gałczyńskiego od końca lat dwudziestych z moją ulubioną „Serwus, madonną” i jej „snem wariata śnionym nieprzytomnie”, aż po utwory ostatnie pisane już w Praniu – „Pieśni”, „Niobe” i fragmenty „Kroniki olsztyńskiej”. • Zbiór jest estetycznie wydany, przyjemnie czyta się wiersz za wierszem, strony zdobi balonik, który podczas szybkiego kartkowania... rośnie ;) • Księżyc, zieleń i srebro zawsze przywodzą mi na myśl Lorkę, ale wyłącznie poprzez te trzy łączniki, bo u Gałczyńskiego nie znajdziemy andaluzyjskich Gitanos ani przeczucia śmierci, przeznaczenia czy nieuchronnego losu. Gałczyński śni na jawie, marzy i fantazjuje. • Z "Kolczyków Izoldy": • Były dwie siostry: Noc i Śmierć • Śmierć większa, a Noc mniejsza, • Noc była piękna jak sen, a Śmierć, • Śmierć była jeszcze piękniejsza”.
-
Kierując się długo utrzymującym bardzo dobrym wrażeniem wywołanym lekturą „Kos kos jeżyny” Tamty Melaszwili, świadomie sięgnęłam po „Wyliczankę”, a po jej przeczytaniu tylko utwierdziłam się w przekonaniu, że autorka na dobre trafiła do grona moich ulubionych pisarzy. • Oszczędny język „Wyliczanki” nie ułatwia wejścia w świat przedstawiony. Ten ciąg wypowiedzi i przemyśleń, urywających się nagle i chaotycznie przeplatających, śledziłam bardzo uważnie, by nie przegapić tego, co istotne. W tym szaleństwie jest jednak metoda, bowiem świat pogrążony w chaosie prowadzi do chaosu myśli i działań. • Na początku trudno było mi odnaleźć się w rzeczywistości nastoletnich bohaterek – Ninco i Dzidzi, które jako jedyne spośród otaczającej je, mocno wybrakowanej społeczności, wydawały się przejawiać jakąkolwiek inicjatywę. • Brak wsparcia ze strony dorosłych, którzy wydawałoby się, że są wyposażeni w mechanizmy reagowania wypracowane przez lata doświadczeń, przyspieszył proces dorastania dzieci. • Wojna w tym utworze pełni rolę symbolu, jest wydarzeniem jakich wiele. Ważniejsze od - gdzie i dlaczego – jest - jak przetrwać i przeżyć, a także, jak zaopiekować się… dorosłymi, którzy nie potrafią już zadbać o siebie i stoją na krawędzi. Wydaje mi się, że dzieci w tej książce mają więcej siły i odporności na okrucieństwo i znieczulicę. • Temat – niekomfortowy, styl – wymagający, historia – przygnębiająca, a czytelnik, siedząc wygodnie w fotelu, uświadamia sobie, jak wielkim przywilejem jest możliwość zakończenia tej historii przez zamknięcie książki. • Na długo zostanie ze mną to zdanie: • „Nie może być tak, żeby życie ludzkie było nic niewarte”
-
Jedna z bardziej marginalnych pozycji w moich czytelniczych zbiorach, przejrzana przed podarowaniem jej nastoletniej córce koleżanki, marzącej o karierze wojskowej. Prezent miał mieć charakter bardziej żartobliwy niż poznawczy. Rymy są dość proste, miejscami wręcz częstochowskie i wydają się bardziej odpowiednie dla młodszego czytelnika. Na plus – ładne wydanie, które z pewnością przyciągnie uwagę najmłodszych.
-
Podbiła moje serce ta książka, ale nie od razu – dopiero w ostatecznym rozrachunku. Początki były trudne, a odczucia ambiwalentne. Po kilku stronach byłam gotowa ją odłożyć. Pomyślałam jednak: skoro dałam szansę „Wojnie polsko-ruskiej…” pod wiadomą flagą, to i w tym przypadku spróbuję. Zwłaszcza że moje pierwsze spotkanie z autorem pozostawiło wielki literacki niedosyt i sprowokowało do natychmiastowych poszukiwań jego innych utworów. • Tak trafiłam na „Czefurów…”, którzy nawinęli się jako pierwsi. Okazało się jednak, że debiut Vojnovicia niekoniecznie jest utrzymany w stylu i klimacie jego nagrodzonej Angelusem „Mojej Jugosławii”. • Gdy nareszcie przywykłam (człowiek do wszystkiego może się przyzwyczaić 😉) do krwisto-soczystego języka bohaterów, mieszkańców lublańskiego blokowiska na Fužinach, gdy wtopiłam się w tę czefurską atmosferę i weszłam w świat nastolatków – niby stamtąd, ale tak naprawdę zewsząd – odkryłam, że jest to tekst uniwersalny, a wrażliwość autora wyziera zza każdej strony, pomimo nieobyczajnych postaw i wulgarnego języka. • Często razi mnie sztuczność książkowych dialogów prowadzonych przez nastoletnich bohaterów. W „Czefurach…” jest odwrotnie – język brzmi autentycznie i szczerze. Dzięki temu nawet jego brutalność przestaje razić, bo staje się integralną częścią świata przedstawionego. • Życie czterech nastoletnich przyjaciół o skomplikowanych narodowościowo korzeniach nie jest światem, który imponuje. Jako rodzic cieszę się, że mój syn, będący rówieśnikiem Marka, nie musi dorastać w podobnej rzeczywistości. Paradoksalnie jednak, mimo że nie akceptowałam większości zachowań bohaterów, zżyłam się z nimi i zrozumiałam, skąd bierze się ich bunt. • Myślę, że mój ostatecznie pozytywny odbiór tej książki wynika również z pokoleniowego pokrewieństwa z autorem. Łatwo było mi zrozumieć doświadczenie ludzi, którzy po rozpadzie pewnych trwałych światów musieli na nowo budować swoją tożsamość. Nieobce jest mi także doświadczenie życia trochę z boku – nawet jeśli ta odrębność istnieje przede wszystkim w świadomości. • Poza tą psychologiczną bliskością tekst Vojnovicia okazał się dla mnie prawdziwą kopalnią wiedzy o współczesnych relacjach między narodami byłej Jugosławii. Wiem chociażby to, kim są Janezi, a kim czefurzy ;) • Bardzo spodobał mi się również pomysł na tytuły rozdziałów. Są jak pytania dziecka próbującego zrozumieć, dlaczego świat działa właśnie tak, a nie inaczej. Mnie przywodziły na myśl stare dowcipy rozpoczynające się od pytania: „Dlaczego...?”, z odpowiedzią, która miała wszystko wyjaśnić. U Vojnovicia odpowiedzi nie zawsze są prześmiewcze, ale niemal zawsze przygnębiające lub tragikomiczne. • Po lekturze zostawiam więc kilka z tych pytań – jako najlepszą zachętę do sięgnięcia po tę książkę: • Dlaczego komunizm jeszcze nie wymarł? • Dlaczego czefurzy nie rozmawiają o seksie? • Dlaczego nazywam się Marko? • Dlaczego wszyscy mają cię kompletnie w dupie? • Dlaczego Bośnia nie jest dla czefurów?