Strona domowa użytkownika

Zawiera informacje, galerię zdjęć, blog oraz wejście do zbiorów.
Oleska Biblioteka Publiczna
[awatar]
Olesno OBP
Rodzaj: Biblioteki publiczne
Telefon: +48 517706565
Województwo: opolskie
Powiat: oleski
Adres: ul. Aleksandra 5
46-300 Olesno
E-mail: bibliosfera@olesno.pl

Punkt biblioteczny przy ul. Dworcowej 1A
poniedziałek, środa, piątek - godz. 8.00 - 16.00
wtorek, czwartek - godz. 8.00 -18.00

Remont budynku głównego biblioteki - Wypożyczalnia Główna i Filia dla Dzieci nieczynne.
Zapraszamy do punktu biblioteczego przy ul. Dworcowej 1A (książki dla dorosłych i dzieci - nowości, pozostałe tytuły w wyborze)


Oleska Biblioteka Publiczna - w Internecie od 2000 roku:

www.bibliosfera.olesno.pl

również na Facebooku

Najnowsze recenzje
1 2 3 4 5 6 7
  • [awatar]
    Olesno OBP
    „Pokolenie przychodzi i pokolenie odchodzi • a ziemia trwa po wszystkie czasy.” • (Księga Koheleta) • Drach. Co znaczy „drach”? Skąd to słowo? To pytanie nasunęło mi się jeszcze przed lekturą powieści Szczepana Twardocha, współczesnego polskiego publicysty i pisarza, autora prestiżowej „Morfiny” i wydanego w ubiegłym roku „Króla”. Chcąc uzyskać odpowiedź na moje pytanie, sięgnęłam po książkę. Interesującą, choć wymagającą. Okazuje się, że Drach to potwór, smok, krwiopijca i pożeracz ludzkich ciał, tym bardziej przerażający, że choć wszechwieczny i wszechwiedzący, to wciąż beznamiętny, obojętny i nieczuły. Można go kojarzyć – tak mi się wydaje – z Ziemią, można z Historią, można z Czasem... Przy tym Drach to filozof szukający odpowiedzi na pytania o sens życia, o dzieje duszy ludzkiej po śmierci człowieka, o istotę człowieczeństwa. Drach to stoik i cynik jednocześnie, ten, który zna Przeszłość i Przyszłość, a prezentuje w sposób chłodny i wyważony Teraźniejszość. Teraźniejszość trwającą w tym, co już minęło i w tym, co dopiero nadejdzie... W „Księdze Koheleta” czytamy: „To, co było, jest tym, co będzie, a to, co się stało, jest tym, co znowu się stanie, więc nic zgoła nowego nie ma pod słońcem”. Podobne pojmowanie czasu dostrzec można w powieści „Drach”. Utwór wydany został w grudniu 2014 roku. Autor otrzymał za nią Nagrodę Fundacji im. Kościelskich. Powieść znalazła się też w finale Nagrody Literackiej Nike. • Tytułowy Drach wizualizuje pewien wycinek rzeczywistości wyjęty jakby przypadkowo z trzewi jego jestestwa i buduje historię kilku pokoleń rodzin Magnorów, Czoików, Bielów, Gemanderów, a także innych mieszkańców podgliwickich miejscowości. Bezosobowo prowadzona narracja pozwoliła na obiektywizację ukazywanego świata przedstawionego, na bardzo suche relacjonowanie trudnych losów ludzi pogranicza. „W tym samym czasie, tylko dziewięćdziesiąt trzy lata wcześniej...” - to sformułowanie w różnych wariantach powtarzające się w powieści podkreśliło analogię problemów egzystencjalnych w różnym czasie, ukazało ciągłość losów ludzkich w ich zmienności i tylko pozornej ich inności. Bardzo spodobał mi się ten sposób narracji, heroizujący wielkość trudu człowieka i znikomości jego możliwości wobec nieuniknioności śmierci. Za „Księgą Koheleta” można zapytać: „Cóż przyjdzie człowiekowi z całego trudu, jaki zadaje sobie pod słońcem?”. • • Powieść „Drach” przedstawia zwykłe dzieje zwykłych ludzi, obywateli Górnego Śląska. Codzienność mieszkańców pogranicza polsko-niemieckiego nierozłącznie związana była z poszukiwaniem własnej tożsamości i przynależności narodowej, ale przede wszystkim z dokonywaniem trudnych wyborów życiowych. Polskość, niemieckość, śląskość to pojęcia, które jak bumerang wracają w tej książce. Udało się autorowi pokazać, że tak naprawdę ważne decyzje podejmowane były w różnorodny sposób, świadomy, lecz równie często nieuświadomiony, raczej intuicyjny, podświadomy, a nawet zupełnie przypadkowy. Wielka Historia wchodziła w życie zwykłych ludzi i zmuszała, nie pytając ich o zdanie, do udziału w niej. Josef Magnor to niemiecki żołnierz pierwszej wojny światowej oraz polski powstaniec. Jest Ślązakiem, Niemców nie nienawidzi. Wojciech Czoik jest Ślązakiem, ale Niemców nienawidzi. „Ma trzech starszych braci – Ericha, Friedricha i Heinricha, i z całej czwórki tylko on został Polakiem”, „bo tak sobie postanowił”. Gela Czoik, później Magnor, doskonale wiedziała, że o niektórych sprawach się nie mówi i mówić nie wolno. Nikodem Gemander, przedstawiciel najmłodszego pokolenia, już zupełnie nie rozumiał, o co chodzi z tą polskością czy niemieckością, a gwarę śląską po trosze tylko znał. Pogmatwane koleje życiowe bohaterów naznaczone są tragizmem, bo tragiczna była dola pogranicza śląskiego, gdzie należało udowadniać własną polskość lub niemieckość w zależności od okoliczności i chwili. • Życie jest jak rzeka pełna meandrów. Powieść Twardocha to utwór ilustrujący tę banalną prawdę. Jest to przede wszystkim powiastka o człowieku i jego sprawach. W każdym pokoleniu człowiek pragnie sobie i swojej rodzinie zapewnić dobry byt, bezpieczeństwo i szczęście. Buduje więc to własne, indywidualne, egoistyczne szczęście najlepiej jak potrafi. Uwikłany w relacje międzyludzkie, często nie zdaje sobie sprawy z tego, że jego decyzje wpływają także na życie innych. Tragiczne losy zarówno Josefa Magnora, jak i Nikodema Gemandera są wynikiem wyłącznie ich własnych decyzji życiowych. I choć żyją w zupełnie różnych czasach (choć niemalże w tym samym miejscu), los zarówno jednego, jak i drugiego jest podobny, naznaczony cierpieniem i niespełnieniem. Ponownie chciałoby się westchnąć za głosem biblijnego kaznodziei: „Marność nad marnościami...” • „Drach” to jeden z tych utworów, które „oswojone”, nie znikają. Autor buduje sceny na długo pozostające w pamięci. Scena świniobicia otwierająca akcję całej książki jest jedną z tych „niezapomnianych”, bo tak jest barwna, plastyczna i przy tym zabawna. Także postaci zapadają w pamięć. Bohaterowie są ludźmi „z krwi i kości”. Stary Pindur na przykład. To dziwak, ekscentryk, a przy tym ludowy filozof. I choć umiera w domu wariatów w Rybniku, jego system wartości, sposób postrzegania rzeczywistości i ocena życia są warte zastanowienia. Twardoch, ukazując swoich bohaterów, buduje swoisty etos śląskości – oparty na pracowitości, honorze i umiejętności przetrwania. Pięknie charakteryzuje kreowane postaci poprzez język, jakim się posługują. Zarówno dialekt śląski, jak i język niemiecki zostały tak umiejętnie zastosowane, że nie burząc fabuły, dodają jej kolorytu i ją uwiarygodniają. Świat przedstawiony staje się prawdziwy. • Książka Twardocha zmusza do refleksji. Zachęca do dyskusji na temat tożsamości narodowej, społeczeństwa wielokulturowego i wielonarodowego, okrucieństwa historii, niezmienności natury ludzkiej, bestialstwa wojny i wielu innych jeszcze zagadnień. Że nie jest to opinia czcza, świadczy dyskusja, jaką książka wywołała w naszym małym gronie czytelniczek klubu. A była dyskusja burzliwą, oj, była... Polecam lekturę książki „Drach” Szczepana Twardocha. Warto! • Gabriela Kansik • DKK Olesno • Oleska Biblioteka Public
  • [awatar]
    Olesno OBP
    "moja siła rośnie i będzie rosła • i pozostanę silny" • Bob Dylan • Bob Dylan wyznał: „poezja sprawia, że czuję się szczęśliwy”. I zaraz dodał: „szczęśliwy z braku lepszego słowa”… Już tylko ten fragment pochodzący z utworu Dylana „Jedenaście naszkicowanych epitafiów” wspaniale charakteryzuje postawę życiową autora. • Dylan przekorny, Dylan niepokorny, Dylan prowokator… Nawet odbierając Nagrodę Nobla, szokował… Jedyny w swoim rodzaju, niepowtarzalny, unikatowy… Dylan – zjawisko! Wokalista, kompozytor, poeta, aktor, scenarzysta, nawet powieściopisarz, malarz, a nade wszystko autor tekstów piosenek – dzisiaj w większości kultowych. • „Duszny kraj” Boba Dylana to, jak głosi podtytuł, zestawienie wybranych utworów autora z lat 1962-2012. Utworów tych jest 132, ułożone są w dwunastu rozdziałach, które noszą tytuły jednej z zamieszczonych w nich piosenek. Ich przekładu i wyboru dokonał Filip Łobodziński (iberysta, dziennikarz, muzyk i tłumacz). Jest on także autorem komentarzy do zamieszczonych w książce tekstów oraz posłowia, w którym m.in. dzieli się z czytelnikiem taką myślą: „Moim zamierzeniem, moim celem, moim pragnieniem jako tłumacza było to, żeby polscy słuchacze mogli przeżyć choć trochę podobne wrażenie, co odbiorcy oryginałów. (…) Moim marzeniem jest, by (Dylan) zakorzenił się w naszej glebie, choć to roślina zaatlantycka, o nieco innej ekologii”. • Bob Dylan urodził się w 1941 roku jako Robert Zimmerman, wnuk ukraińskich i litewskich Żydów. W 1962 roku oficjalnie zmienił nazwisko, przybierając to, które wymyślił sobie jako nastoletni chłopak i które stało się znakiem jego drogi twórczej. Wychowywał się w Missisipi. W tytułowej piosence tomu „Duszny kraj” dzieli się taką refleksją: „jedno w życiu zrobiłem źle / za długo w dusznym kraju byłem o jeden dzień” (zaznaczyć trzeba, że podtytuł tego wiersza brzmi „Missisipi”). W 1959 roku opuścił rodzinne miasto, by studiować (studiów nie ukończył), a później, już w Nowym Jorku, śpiewać i grać. W „Dusznym kraju” gorzko konstatuje: „wyrosłem na wsi, miasto daje mi chleb / od kiedy w świat ruszyłem, los nie pieści mnie”. Od 1961 roku faktycznie realizuje swój sposób na życie – jako artysta. A przede wszystkim jako muzyk. W tytułowym utworze tomu czytamy: „lecz serce mam wolne, ochoty w nim moc / dla współtowarzyszy rejsu ciepłych uczuć mam dość”. Grał, śpiewał, tworzył, wydawał płyty… I nadal to czyni. Choć ucząc się gry, zaczynał od gry na pianinie, jego podstawowym instrumentem stała się gitara. Gra także na harmonijce ustnej, keyboardzie, akordeonie, instrumentach perkusyjnych. Śpiewa… Ma specyficzny głos, który stał się z czasem głosem całego pokolenia (w sensie i dosłownym, i metaforycznym). Uprawiał i uprawia różne gatunki muzyczne, zawsze pozostając sobą. Zaczynał od rock and rolla, później był folk, country, gospel. W jego twórczości usłyszeć można także jazz i swing. I inne jeszcze gatunki muzyczne. No i tworzy teksty… Choć sam mówi, że nigdy nie był wyrazicielem poglądów swego pokolenia, to jednak takim go dzisiaj postrzegamy. Legenda swego pokolenia. Wyraziciel poglądów każdego człowieka. Stwierdza w „Dusznym kraju”: „Każdy gna dokądś lub taki ma plan / bo każdy czuje, że musi gnać”. Jak on sam. W swych piosenkach porusza sprawy różne, mówi o pokoju na świecie, życiu jako wiecznej drodze, dążeniu do szczęścia, poszukiwaniu celów, sprawiedliwości i nies­praw­iedl­iwoś­ci, sprawach wielkich dla całego świata i wielkich dla jednej tylko jednostki. Pisze o mężczyznach i kobietach, o wartościach, o ideach i ideałach, o błędach i radościach. Jego poezja jest bardzo pojemna. • Wielkie wrażenie wywołują słowa piosenki „Samotna śmierć Hattie Carroll”: „William Zantzinger zabił Hattie Carrol / laską-zabawką”. Utwór ten to swoisty protest-song przeciw nies­praw­iedl­iwoś­ci. Dwud­zies­tocz­tero­letni biały bogacz („na własność miał sześćset akrów tytoniu”) zabija pięć­dzie­sięc­ioje­dnoletnią czarną sprzątaczkę, pracownicę restauracji, matkę dziewięciorga dzieci dla kaprysu, „bez powodu zabił / bo tak go naszło, bo po prostu się napił”. By sprawiedliwości stało się zadość, został osądzony i sprawiedliwie ukarany: „potem sędzia zza togi przemówił z godnością / i obwieścił, że czyn przykładnie trzeba ukarać / więc William Zantzinger dostał pół roku mamra…” Potrafi Dylan swym tekstem walczyć, potrafi apelować, odwoływać się do sumień, potrafi wstrząsnąć. Potrafi zmusić do refleksji… • W tym samym rozdziale (dziewiątym) co tekst poświęcony Hattie Carroll zamieszczony jest kultowy wiersz „Blowin’ in the Wind”. Utwór ten otwierał album Dylana z 1963 roku, był jedną z 13 piosenek-ballad zainspirowanych przez twórczość m.in. Woody’ego Guthriego. Z czasem „Blowin…” na trwałe wszedł do kanonu muzyki folkowej. Według mnie Bob Dylan to ten właśnie wiersz, a ten utwór to właśnie Bob Dylan. Dziewięć pytań o sens i cel, o istotę człowieczeństwa i wartość egzystencji… Pytań w zasadzie retorycznych, bo odpowiedź jest bardzo enigmatyczna, niejasna, wieloznaczna, wymagająca interpretacji. W tym miejscu odwołam się ponownie do posłowia F. Łobodzińskiego, który pisze: „Bob Dylan jest niep­rzet­łuma­czal­ny. Przynajmniej na polszczyznę”. Bo też w „Blowin…” refren w pięknym tłumaczeniu Łobodzińskiego brzmi tak: „Odpowiedź, mój bracie, unosi wiatr / odpowiedź unosi wiatr”, a w genialnym przekładzie Stanisława Barańczaka tak: „Odpowiedź zna wiatr, odpowiedź gwiżdże wiatr, / Odpowiedź, odpowiedź gwiżdże wiatr”. Ja preferuję wersję polską w następującej postaci: „Odpowie ci wiatr / Wiejący przez świat / Odpowie ci, bracie, tylko wiatr”. Bo tłumaczenie tego właśnie tekstu, które dziś funkcjonuje jako piosenka harcerska (!), to był hymn mojego pokolenia. To myśmy pytali: „Przez ile lat ludzie giąć będą kark / Nie widząc, że niebo jest tuż / Przez ile łez, ile bólu i skarg / Przejść trzeba i przeszło się już / Jak blisko śmierć musi przejść obok nas / By człowiek zrozumiał swój los”… I szukali odpowiedzi, którą znał tylko wiatr. • Marek Zgaiński w tomie drugim antologii zatytułowanej „Poeci rocka” przytacza słowa krytyka wypowiadającego się o tekstach B. Dylana: „On nie dostosowuje się do nowego stylu, on próbuje, czy w nowym stylu uda mu się wyrazić to, co zamierza”. Słowa te, moim zdaniem, charakteryzują całą poezję Dylana: autor jest autentyczny w tym, co mówi. I choć Literacką Nagrodę Nobla dostał za „stworzenie nowej poetyckiej ekspresji, która wpisała się w wielką tradycję amerykańskiej pieśni”, to tak naprawdę nagroda ta przyznana mu została za prawdę, jaką głosi w swojej poezji. I za głęboki humanitaryzm jego dzieła. W wierszu „Jedenaście naszkicowanych epitafiów dał temu wyraz, stwierdzając krótko: „wszyscy ludzie / obojętnie jakiego wyznania / obojętnie jakiego koloru skóry / obojętnie jakim mówiący językiem i na jakiej ziemi mieszkający / wszyscy śmieją się tak samo / i tak samo płaczą”. • Gabriela Kansik* • DKK • Oleska Biblioteka Publiczna • *Recenzja nagrodzona w wakacyjnym konkursie Instytutu Książki w 2017 r.
  • [awatar]
    Olesno OBP
    Henry James (1843-1916) to pisarz amerykański, krytyk i teoretyk literatury, określany dziś jako reprezentant realizmu psychologicznego oraz prekursor nowoczesnej dwudziestowiecznej powieści. Jego twórczość zapowiadała m.in. takie zjawiska, jak strumień świadomości czy nouveau roman. Pochodził z nowojorskiej rodziny intelektualistów (ojciec był filozofem i teologiem, brat – wybitnym filozofem). Zafascynowany Europą w zasadzie spędził w niej całe dorosłe życie. Dwa odmienne światy, Ameryki i Europy, opisywał James w swoich utworach, szczególnie tych z lat siedemdziesiątych, osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Swoją drogą ciekawa jest owa fascynacja europejskością i Europą (pisarz mieszkał w Rzymie, Paryżu, by ostatecznie osiąść w Londynie). Poszukiwanie innego miejsca do życia to chyba zjawisko powszechne, i teraz, i wtedy. Henryk Sienkiewicz, polski pisarz realista, trzy lata tylko młodszy od Jamesa, wędrował m.in. po Ameryce, by tam odnaleźć twórcze aspiracje. Szukał ich w tej samej dalekiej Ameryce, którą James uznał za niezbyt przychylną dla wszelkich działań artystycznych. Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma? Być może... Twórczość Henry'ego Jamesa dzieli się obecnie na trzy okresy. Utwór „Echo” pochodzi z okresu pierwszego (lata 70-te i 80-te XIX wieku), gdy James podejmował tematykę konfrontującą amerykański styl życia z europejskością. • Wiek XIX... Dla nas dzisiaj – anachroniczny. Niby niezbyt odległy, a jednak tak bardzo nieprzystający do współczesności. Przede wszystkim w sferze mentalnej. Trudno nam obecnie zrozumieć sposób myślenia ludzi tej epoki, pojąć ich obyczajowość, sposób interpretowania zastanej rzeczywistości. Nawet rozumiejąc odmienność warunków życia, wychowania, dziwią czytelnika naszego wieku wątpliwości natury moralnej, z jakimi zmagali się wtedy mieszkańcy Paryża czy Nowego Jorku... Wydaje się dzisiaj nieprawdopodobne, jak odmienny był wówczas pogląd na rolę kobiety w społeczeństwie, jak inne było podejście do sprawy zawierania małżeństw, nierówności społecznej, mezaliansu... Stykając się z książkami Jamesa, uświadamiamy sobie ponadto, jak odmienny już wtedy był świat starej skostniałej Europy i zamorskiej „nowej” Ameryki... • „Echo” to ciekawy przykład zetknięcia się tych dwu światów w latach osiemdziesiątych XIX wieku. Do Paryża przyjeżdża bogata rodzina amerykańska. Ojciec i dwie córki. Starsza – niezbyt urodziwa – przyjmuje rolę opiekunki swej młodszej pięknej siostry. Rolę przewodnika obu sióstr po pełnym cudów mieście świateł pełni dziennikarz – europejski korespondent „Echa” - amerykańskiego brukowca, jak powiedzielibyśmy dzisiaj – George Flack. Zafascynowany urodą młodziutkiej Francie Dosson próbuje przywiązać ją do siebie, co mu się częściowo udaje. W pewnym momencie prowadzi obie siostry do atelier sławnego amerykańskiego malarza impresjonisty. Tam dziewczyny poznają Gastona Proberta, młodego paryżanina, z pochodzenia zresztą również Amerykanina jak one, brata zamężnych sióstr – hrabiny, baronowej, markizy. Gaston zakochuje się we Francie... Zetknięcie prostolinijności i naiwności z pełną hipokryzji rodową dumą może skończyć się... różnie. Tym bardziej, że i George nie pozostaje bezczynny, próbując odzyskać względy dziewczyny... Ale chyba nie o to chodzi w utworze. Wydaje się, że to nie fabuła jest najważniejsza w dziele amerykańskiego realisty. Istotniejszy wydaje się problem, który chce uświadomić czytelnikowi autor: Czy w imię osiągnięcia sukcesu życiowego – a wówczas takim sukcesem było zawarcie „korzystnego” małżeństwa – warto poświęcić własne ideały i sprzeniewierzyć się moralnym wartościom? Obnażanie świata fałszu i zakłamania, ukazywanie prawdy o naturze człowieka, ujawnianie kompleksów – różnego typu zresztą – to istota tego utworu. I w tym aspekcie świat dziewiętnastowieczny niewiele różni się od naszego, współczesnego. W utworze wszechobecny jest kult pieniądza. Znamy takie zjawisko? Znamy. Poraża potęga i władza prasy. A także perfidia dziennikarzy. Tak jak i dziś. Uwikłanie jednostki w związki rodzinne i jej zależność od innych to również problem częsty w naszych domach. Nie należy przy tym zapominać także o egoizmie i partykularyzmie interesów, o snobizmie oraz zwykłej ludzkiej słabości charakteru – dostrzeganych w utworze i widzianych na co dzień wśród nas. Dzieło Jamesa to utwór opowiadający o człowieku i o życiu, utwór uniwersalny i przekonujący. • „Echo” to nowela napisana zgodnie z klasycznymi regułami gatunku. Charakteryzuje tę nowelę długa ekspozycja, zdecydowanie zarysowany punkt kulminacyjny blisko rozwiązania akcji, wyrazista puenta w zakończeniu. Kondensacja i zwięzłość treści, ograniczenie do minimum partii opisowych, oszczędność i celność słowa to niewątpliwe atuty tej książki. Jest nawet charakterystyczny motyw przewodni w tej noweli. Swoistym „sokołem” tak bardzo wpływającym na losy bohaterów jest w niej tytułowe „Echo”, czyli jedno z amerykańskich czasopism. Artykuł w nim zamieszczony obnaża odmienność postrzegania i oceniania rzeczywistości przez Europejczyków i Amerykanów. Podkreśla również zróżnicowanie postaw bohaterów wobec wartości wyższych. Charakteryzuje ich przy okazji. • Wydana po raz pierwszy w Polsce w 2016 roku książka H. Jamesa z 1888 roku spodobała mi się bardzo. Szczególnie urzekł mnie jej klimat. Jak w innych również utworach tego autora jest to klimat spokoju, swoistego wyciszenia i leniwego niemalże gawędziarstwa, atmosfera intelektualnego rozważania przypadków życia, nawet w dramatycznych chwilach odżegnująca się od płytkiej emocjonalności. Zafascynował mnie świat codzienności przedstawionej w utworze, tak odmiennej od tej znanej. Toczącej się w hotelach, restauracjach i turystycznych atrakcjach Europy, przede wszystkim Paryża. Codzienności pozbawionej problemów finansowych i poważniejszych trosk, w której jednak wybór sukni, lektury czy aktualnej rozrywki urasta do monstrualnych rozmiarów problemu. Cóż dopiero – wybór męża...! Na okładce książki wydawca zamieścił opinię Literary World o książce: „Dopracowana w każdym calu kunsztowna miniatura”. Zgadzam się z tym sądem w pełni. • • Gabriela Kansik • DKK • Oleska Biblioteka Publiczna
  • [awatar]
    Olesno OBP
    Twórcą pojęcia „arche” jako zasady bytu, początku, źródła wszechrzeczy był filozof grecki Anaksymander z Miletu żyjący na przełomie VII i VI wieku p.n.e. Owego arche szukali starożytni filozofowie przyrody, obserwując świat i zjawiska w nim zachodzące. Tales z Miletu (VII/VI p.n.e.) twierdził, że początkiem wszechrzeczy jest woda, Anaksymenes z Miletu (VI p.n.e.) uważał, że to powietrze pełni tę rolę, Heraklit z Efezu (VI/V p.n.e.) upatrywał arche w ogniu, a Ksenofanes z Kolofontu (VI/V p.n.e.) dowodził, że zasadą bytu jest ziemia. Odmienne te stanowiska starał się pogodzić Empedokles z Akragas żyjący w Vwieku p.n.e. Głosił, że arche tworzą cztery żywioły świata: woda, powietrze (eter), ogień i ziemia. Teoria Empedoklesa zakładała, że z mieszaniny czterech podstawowych - wiecznych i niezmiennych - składników („korzeni”), czyli „pierwiastków wszechświata” rodzą się bardziej złożone formy materii podlegające procesom powstawania i rozpadu, mieszania się i wymiany tego, co pomieszane. • Do teorii Empedoklesa nawiązała Katarzyna Bonda, najpopularniejsza autorka powieści kryminalnych w Polsce – jak głosi informacja na skrzydełku okładki Lampionów. Jest ona autorką serii „Cztery żywioły Saszy Załuskiej”, w skład której wchodzą tytuły: Pochłaniacz, Okularnik, Lampiony oraz Czerwony pająk. W swej tetralogii kryminalnej pisarka zastosowała podobną technikę jak starożytny filozof – połączyła w jedność żywioły rządzące światem i życiem głównej bohaterki: eteryczność zapachu (Pochłaniacz), krwiożerczość ziemi (Okularnik), bezwzględną ostateczność ognia (Lampiony) oraz wodę (jeszcze nieokreśloną – bo część czwarta dopiero się tworzy). Przy czym słowem-kluczem jest tu pojęcie: mieszanina... Życie bowiem głównej bohaterki cyklu powieściowego to melanż dobrych i złych chwil, wzlotów i upadków, mądrych wyborów i nieprzemyślanych decyzji... Jak, wydaje się, życie każdego człowieka... • Sasza Załuska to kochająca mama kilkuletniej córeczki Karoliny (w powieści Lampiony Karolinka ma lat dziewięć), kobieta zagubiona, próbująca uporządkować swoje życie osobiste, znaleźć miłość i stabilizację. Jest to osoba bardzo silna, potrafiąca walczyć z przeciwnościami losu i własnymi demonami, wyleczona alkoholiczka, jednostka zdeterminowana, wytrwała i konsekwentna. Jest również utalentowaną profilerką przygotowującą portrety psychologiczne zbrodniarzy, bezwzględną i bezkompromisową w swej walce ze złem, wreszcie to pracowita, obowiązkowa i nieugięta w realizowaniu zamierzeń profesjonalistka pracująca w policji. Jest wrażliwa i bezkompromisowa, ambitna, twarda, a przy tym niepewna własnych wyborów, jest nieokiełznana jak sama natura jest nieprzewidywalną, a przez to jest postacią bardzo interesującą. I prawdziwą. W trzeciej części cyklu jej sytuacja życiowa wydaje się stabilizować. Łapie drugi oddech... Otrzymuje nowe zadanie do wykonania. I wyjeżdża do Łodzi. • Miasto Łódź staje się głównym niemalże bohaterem powieści. W każdym razie – ważnym. O ile kreacja głównej bohaterki spodobała mi się bardzo, gdyż jest to postać żywa, zarysowana z „nerwem”, o tyle tak znaczące wyeksponowanie miejsca wydarzeń już mniej mnie przekonuje. Nie ma nic nowatorskiego w pomyśle uczynienia miasta bohaterem kryminału. Zrobił to Krajewski, z nostalgią opisując przedwojenny Lwów i precyzyjnie przedstawiając Wrocław, wykorzystał ten pomysł także Miłoszewski, prowadząc czytelnika ulicami Sandomierza, a przede wszystkim Olsztyna. Ale nie na tym polega główny grzech autorki Lampionów. Moim zdaniem ukazana w utworze Bondy Łódź jest odpychająca. Obraz miasta jest zbyt jednostronny i przerysowany. Jest to miejsce ponure, brzydkie, niebezpieczne, odrażające. I ma się wrażenie, że wszyscy tam mieszkający to menele, pijacy, oszuści, bandyci, nie wyłączając policjantów, a nawet dzieci! W jednym z wywiadów autorka tak oceniała miejsce wydarzeń swej ostatniej książki: „Łódź jest jak diwa, która była kiedyś sławna, piękna i szykowna, ale życie dało jej w kość. Ma limo pod okiem, zmarszczki, wyleniałe futro. Wciąż jednak zachowała szlachetne rysy, odwagę i dumę.” No cóż, ja jakoś tej szlachetności, odwagi i dumy miasta w powieści nie zauważyłam... Może po prostu przeoczyłam... Zauważyłam natomiast, że wszystko złe, co może się stać, to tylko w Łodzi... Rozboje, oszustwa, malwersacje, kradzieże, pobicia, gwałty, porwania, podpalenia, morderstwa, wybuchy bombowe, próby samobójcze i akcje terrorystyczne – to wszystko dzieje się w Łodzi i to wszystko jest przedstawione w tej jednej tylko książce! Istna mieszanina! Tyle, że już nie czterech, a kilkunastu (jeśli nie kilkudziesięciu) składników. Akcja rozgrywa się na ulicach miasta, w budynkach kamienic, na dachach domów, a także pod ziemią – w kanałach. W powieści są diamenty, walizki z pieniędzmi, zabawki-zapalniki bombowe, pasy szahida, wśród bohaterów spotykamy drobnego pijaczka, czyściciela kamienic, bossa mafijnego, czeladnika piekarskiego, przedstawiciela świata artystycznego, prawniczego, tubylca i przyjezdnego, katolika i wyznawcę islamu, przedsiębiorczego emeryta, zaradną córeczkę...; można by tak wymieniać w nieskończoność. Przesyt i nadmiar. A jeszcze nawet nie wspomniałam owego podpalacza, który sposobem Herostratesa chciał osiągnąć nieśmiertelność (a należy go wymienić koniecznie – przecież dominującym w tej części cyklu żywiołem jest ogień właśnie, wskazywany w książce, jak przed wiekami przez Heraklita, jako praprzyczyna wszechrzeczy)... Czytelnik gubi się w tej wielości, odwracając kolejne karty, przeciera oczy ze zdumienia i zastanawia się, kto kim tak naprawdę jest. Bo nie jest to wcale przesądzone i wciąż się zmienia... Pomieszanie z poplątaniem – to chyba nadrzędna zasada kompozycyjna tej powieści. Zauważyć jednak muszę, że... w tym szaleństwie jest metoda. Wydaje się, że autorka doskonale się bawi, mnożąc zagadki, gmatwając fabułę, wprowadzając kolejnych bohaterów o dziwacznych życiorysach. Zaskakuje czytelnika, bulwersuje go (niektóre sceny są naprawdę drastyczne), denerwuje nawet, ale tak buduje powieściową rzeczywistość, że chce on poznać ciąg dalszy wydarzeń (ja doczytałam książkę – 628 stron – do końca!). I na zakończenie już stwierdzić muszę, że czekam na kolejną część serii o rudowłosej Saszy Załuskiej, by poznać jej dalsze koleje losu. Nie ukrywam przy tym, że czekam z nadzieją, że ten ostatni już tom tetralogii o żywiołach bliższy będzie Okularnikowi niż Lampionom. • • Gabriela Kansik, • Dyskusyjny Klub Książki, • Oleska Biblioteka Publiczna
  • [awatar]
    Olesno OBP
    Ilona Wiśniewska, urodzona w 1981 roku prószkowianka spod Opola, z zawodu polonistka i fotografka, związała swe życie z Norwegią, z północną Norwegią. Od 2010 r. mieszka na Spitsbergenie, rodzina jej męża – Birgera Amundsena – pochodzi z Finnmarku, północno-wschodniej części ojczyzny Nansena. O tych miejscach, znanych Wiśniewskiej z autopsji, opowiadają napisane przez nią do tej pory książki. A napisała ich dwie... Pierwsza z nich to reportaż zatytułowany „Białe. Zimna wyspa Spitsbergen”. Za tę książka (ukazała się w 2014 roku) autorka została nominowana do Nagrody Newsweeka im. Teresy Torańskiej i do tytułu Kobiety Roku 2015 w plebiscycie portalu wp.pl. Druga książka, opatrzona tytułem „Hen. Na północy Norwegii”, wydana została przez Wydawnictwo „Czarne” w 2016 roku. Wiśniewska na co dzień współpracuje z „Polityką”, regularnie publikując na jej łamach swoje reportaże, oraz z pismami podróżniczymi. • „Hen. Na północy Norwegii” to historia największego okręgu admi­nist­racy­jneg­o Norwegii, rozciągającego się w północno-wschodniej części tego kraju graniczącego od południa z Finlandią, od wschodu z Rosją, a od zachodu z norweskim okręgiem admi­nist­racy­jnym­ Troms. Przedstawiając miejsce, które uczyniła bohaterem swego reportażu, autorka stwierdza: „Dla przyjezdnego Finnmark to największy i najrzadziej zaludniony region Norwegii, rozciągnięty wzdłuż wybrzeża Morza Barentsa, za kołem podbiegunowym. (…) Finnmark to pięć fiordów … (…) Finnmark to garstka ludzi, ryby i renifery, kamień na kamieniu, bezwzględne morze, zimne lato, surowa zima i wiatr, który mąci świadomość.” Finnmark to także, jak dowiedzieć się można w trakcie lektury, swoisty tygiel narodowościowy: mieszkają tam Norwegowie, ale przede wszystkim Saamowie, Kwenowie, Finowie, Szwedzi, Pomorcy, kolscy Norwedzy, którzy wrócili z kolonizacji rosyjskiej strony granicy oraz przybysze z obcych krajów (bardziej lub częściej! mniej serdecznie przyjmowani przez „miejscowych”). Książka o Finnmark opowiada więc o ludziach – twardych, zahartowanych, nieufnych wobec obcych, o okrutnej często, choć urokliwie egzotycznej północnej przyrodzie, o trudnej teraźniejszości i tragicznej przeszłości tej krainy. Podzielona jest na trzy części. Bohaterem pierwszej uczyniła autorka Iberta Amundsena, 90-letniego tuziemca. Życie jego i jego rodziny obrazuje los mieszkańców całego regionu. Druga część poświęcona została historii rdzennej ludności tych obszarów, czyli Saamom (lub jak chcą Szwedzi – Lapończykom). Trzeci rozdział przedstawia bardzo trudną, rzec można nawet beznadziejną współczesność Finnmarku. • Dzisiejszy Finnmark w ujęciu reporterki to powszechne bezrobocie, wszechobecna bieda, umierające osady, puste, opuszczone przez mieszkańców domy, świat ludzi starych (bo młodzi wyjechali). I nie są w stanie zmienić tej sytuacji wysiłki zapaleńców, którzy organizują tam daleko na Północy festiwale światowe, propagują sztukę uliczną, oferują bezpłatne hotele. A nawet stawiają swoiste pomniki-symbole. Jednym z takich pomników jest autobus wkopany w śnieg w miejscowości Vardo. Wiśniewska w jednym z wywiadów tak opowiada o powstaniu tego pomnika: „Autobus stał w tym mieście i rdzewiał, był pamiątką po tym, jak połowa miasta wyjechała po upadku fabryki. Pewnego dnia przyjechał do tego miasta artysta, zorganizował całą akcję, żeby wbić autobus szoferką do dołu w śnieg, unieruchomił go linami i w ten sposób przekazał “Nikt już stąd nie wyjedzie. Nikt tego miasta nie opuści”. Z wraku zrobił pomnik, memoriał po dawnych czasach”. Ten niecodzienny posąg ozdobił okładkę reportażu. I moim zdaniem robi raczej przygnębiające wrażenie – podkreśla rzeczywistość kompletnej ruiny i opuszczenia w bezkresnej pustce, nie odwrotnie. • W swojej książce autorka buduje pesymistyczny obraz życia ludności rdzennej. Nazwa Finnmark wzięła się od norweskiego określenia Saamów – finn. Norweskie finn, czy szwedzkie lapp niosą ze sobą negatywne konotacje. Rdzenni mieszkańcy tych ziem długo byli postrzegani jako podkategoria ludzi. Stąd totalna norwegizacja tych ziem: aby zamienić niezrozumiały język nomadów Północy na norweski, a szamanizm i joik zastąpić bezwzględnym chrześcijaństwem i psalmami. Na szczęście nie w pełni się ta polityka powiodła... I dzisiaj można jeszcze posłuchać tradycyjnej muzyki ludności Północy. Autorka przedstawia czytelnikowi najsłynniejszą na świecie saamską wokalistkę śpiewającą • joik – Mari Boine (która śpiewając ten rodzaj muzyki postąpiła wbrew woli rodziców, bezwzględnie znorwegizowanych tubylców). Poznajemy także innych Saamów, którzy pragną nauczyć swych współbraci dumy ze swojego pochodzenia... • Wiśniewska wyjaśnia w swojej książce, że tytułowe słowo „hen”, podobnie jak w języku polskim, w norweskim również odnosi się do odległości. Z tą różnicą, że to północne hen jest bardzo elastyczne. Dla mnie to „hen” to po prostu „tam gdzieś” (nieważne – blisko czy daleko). Autorka prowadzi czytelnika hen już to pobudowaną nie tak dawno znowu niezbyt gęstą siecią dróg, już to hurtigrutą, czyli promem morskim (i choć hurtig znaczy szybko hurtigruta to najwolniejszy obecnie środek lokomocji). Pozwala jej to przedstawić niektóre miejsca i miejscowości nieco bliżej. W ten sposób czytelnik odwiedza Kjollefjord, Vardo, Kirkenes, rosyjski Nikiel i wiele jeszcze innych osad i skupisk ludzkich. I w ten sposób również czytelnik poznaje krajobrazy i atmosferę tego zakątka ziemi. • Dla mnie Finnmark – po lekturze reportażu Ilony Wiśniewskiej – to olbrzymia przestrzeń, pusta, odkryta, bezdrzewna, z urokliwym, choć chłodnym latem i okrutną, bezlitosną, mroźną, śnieżną i huraganową zimą. Przyroda to wciąż zmieniające się pory roku – jest ich aż osiem, to moroszki w lecie, renifery wciąż jeszcze przebiegające olbrzymie połacie tej „nieobeszłej” krainy, łososie, ale częściej już dzisiaj te hodowlane, nie oceaniczne, noc polarna, zorza, i wszechobecny śnieg, który zasypuje nawet drzwi wejściowe, notabene – otwierane na zewnątrz. Ludzi tam prawie w ogóle nie ma. Jeśli już, to spotkać można tylko przedstawicieli starszego pokolenia, ci młodsi przyjeżdżają rzadko, w odwiedziny, i to na krótko. A warunki życia są ciężkie... I jeszcze jedno – stagnacja. Autorka daje wyraźnie do zrozumienia: dominantą życia tych stron są marazm i stagnacja. • Wiśniewska nie buduje optymistycznego obrazu norweskiej Północy. Na pewno jednak w swoim reportażu przybliża tę Północ (a przy okazji po trosze także i Norwegię) polskiemu czytelnikowi, walory poznawcze tej książki są bezsporne. Po spotkaniu z „Hen...” wiem jedno: Zamieszkać w Finnmarku raczej bym się nie odważyła, ale pojechać tam i zobaczyć tę tajemniczą krainę ... dlaczego nie? • Gabriela Kansik • Dyskusyjny Klub Książki • Oleska Biblioteka Publiczna
Ostatnio ocenione
1 2 3 4 5
...
14
  • Gapiszon i tajemnicza paczka
    Butenko, Bohdan
  • Drach
    Twardoch, Szczepan
  • Duszny kraj
    Dylan, Bob
  • Echo
    James, Henry
  • Lampiony
    Bonda, Katarzyna
  • Hen
    Wiśniewska, Ilona
Ilona456
biala-roza
AgaDu
Rene
tynaklb
karina.l
wit-ar
Opole MBP
alaalicja81
linka2005
gabriela.sykulska
olga.sp1
wojciech
dom.siw
Iwan_fiodorow
Anto

Projekt współfinansowany ze środków Unii Europejskiej w ramach Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego
Dotacje na innowacje - Inwestujemy w Waszą przyszłość
foo